Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bóg. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 maja 2015

Bóg: rzeczywistość czy fikcja?

Oto dziś podnoszę rzucaną przez ateistów rękawicę.
Zajmę się jedną z najważniejszych spraw w życiu. Taką przynajmniej jest w moim przypadku. Zahacza ona o pytanie, jak poskładany jest świat. Jak on do diabła działa? Skąd się wziął?

Długo zastanawiałem się jak poprowadzić ten wpis. Ważny, a zarazem trudny. Z początku myślałem żeby rzucić tylko kilka haseł. Kilka myśli, które mogłyby samoistnie roztworzyć klapki "wątpiących". Potem przyszła jednak refleksja. Doszedłem do wniosku, że napiszę znacznie więcej. A wczoraj postanowiłem dodać jeszcze coś na początku, co może być przyczynkiem do powstanie nowej religii. Religii, którą można by nazwać "homo sapiens milion anno domini".
Zatem... zaczynajmy!

Jest bowiem koncepcja, według której wszystko, co się dzieje w naszym świecie można wyjaśnić bez odwoływania się do pojęcia Boga.
Ideę tę poznałem oglądając program z cyklu "Tajemnice wszechświata z Morganem Freemanem" (tytuł oryginalny "Through the Wormhole").

Otóż, w odcinku o Bogu pokazali faceta, notabene pracownika NASA, który wierzy, że jesteśmy tylko symulacją komputerową superkomputera z przyszłości. Pogląd taki oparł na bardzo prostym rozumowaniu.
Usłyszałem, już teraz można wykreować świat będącą dość dobrym odzwierciedleniem rzeczywistości - na przykład w grach komputerowych typu Sims. Ważne jest przy tym to, że moc obliczeniowa współczesnych superkomputerów dorównuje ponoć mocy obliczeniowej mózgu ludzkiego i podwaja się mniej więcej co 13-15 miesięcy. Co więc będzie za dekadę? A co za tysiąc lat? A jakiej mocy maszyny będą za milion lat? Potęga ich będzie po prostu niewyobrażalna! I nie trudno się zgodzić z takim założeniem.

Więc teraz już tylko wystarczy założyć możliwość stworzenia "elektronicznej" inteligencji (świadomości), o czym mówi się już od jakiegoś czasu, że będzie to możliwe, i dochodzimy do momentu, w którym... wszystko staje się proste. I wielki wybuch, i czarna energia, i życie. I wszystko inne, nawet opętanie przez diabła czy przeczucia, które do cholery się sprawdzają, a które przecież miewamy (nawet mężczyźni!).
Takie założenia wyjaśnia dokładnie wszystkie obserwowane zjawiska, bo wszystkie one są tylko komputerowa realizacją świadomie wyreżyserowanego świata, w którym wprowadzono odrobinę chaosu w postaci wolnej woli człowieka.
Czyż to nie cudownie proste i logiczne rozwiązanie?!?
Mnie osobiście ten pomysł bardzo się podoba.

Taaak... ta teoria jest całkiem dobra. Ma tylko jedną, acz poważną wadę. Mianowicie taką, że jeśli taki genialny algorytm generujące świadome programy czyli wirtualnych ludzi miały istnieć, to czemu miałoby to wszystko służyć?
Innymi słowy, co kierowałoby takim programistą-stwórcą, żeby stworzyć nasz wszechświat i dać nam wolną wolę. Czyżby ciekawość co z tego wyniknie? Hm... śmiem wątpić. Przecież nie każdy lubi obserwować mrówki w swoim kopcu, a jeśli nawet, to zawsze musi przyjść chwila kiedy taka "gra" może się człowiekowi znudzić.
No chyba, że nasz komputerowy "bóg" nie ma nic z człowieka!

Ta koncepcja ma jednak jeszcze jedną ważną konsekwencję.
Nie odpowiada na pytanie skąd wziął się nasz bóg-programista za powiedzmy milion lat? No skąd?
Wracamy więc do punktu wyjścia.

Czy istnieje Bóg i skąd się wziął?
Ale nim odpowiem na pytanie, dlaczego uważam że ON istnieje, zatrzymajmy się nad jego definicją.
Kogo można nazwać Bogiem?
Dla mnie musi on posiadać tylko jeden atrybut - nieograniczoną, niewyobrażalną moc. Czyli takie "narzędzie", które pozwala wywołać na przykład wielki wybuch, czy obserwowane od jakiegoś czasu oddalanie są galaktyk. Albo życie na naszej planecie.
W tym miejscu odpowiem na ciekawe pytanie "ateistów" - "czy Bóg może stworzyć kamień, którego nie mógłby podnieść?". Odpowiedź brzmi: tak, może!
A jak rozwiązać ten paradoks? A prosto. Należy odnieść się do czegoś co mógłbym nazwać następstwem czynności w zdefiniowanym na daną chwilę świecie.
A więc Bóg tworzy kamień tak ciężki, że nie może go podnieść działa w określonych warunkach, które są ustalone na daną chwilę. Nie wiadomo bowiem, co będzie w przyszłości, gdyż jak powszechnie wiadomo "wszystko jest możliwe".
A więc kamień powstaje. I po chwili nasz wszechmogący Bóg siłą swoje woli (albo w jakiś inny sposób, cholera Go jasna wie) przybiera na sile, czyli tworzy inny "rodzaj rzeczywistości" i już podniesienie kamienia staje się możliwe.
Takie rozumowanie uważam za całkiem słuszne, logiczne i możliwe do przyjęcia.
Nie przeczy ono w mojej opinii zdrowemu rozsądkowi.

Jak widać z powyższego moja definicja nie zakłada konieczności aby Bóg był dobry. Hm... pomyślicie, skoro tak, to można by go też nazwać diabłem, tak?
Niech odpowiedzią na to pytanie będzie motto mojej ulubionej książki:
"... Więc kimże w końcu jesteś?
- Jam częścią tej siły, 
która wiecznie zła pragnąc,
wiecznie czyni dobro."

Podstawowym, a właściwie jedynym argumentem swojego niedowiarstwa jest dla ateistów pytanie "skąd wziął się Bóg? Bo jeśli ktoś go stworzył, to znaczy że jest wyższy Bóg, który przeczy podstawowemu założeniu Boga jako istoty najwyższej".

Ja nie wiem skąd się wziął Bóg?
Ale podzielam pogląd, że wszystko jest możliwe.
Zatem mogę przyjąć za możliwe iż Bóg istniał zawsze. Jak na przykład materia czy energia - bo skąd się ona wzięła?
Drugą możliwością jaką widzę, jest to, że Bóg stworzył się sam! Być może jest on naturalną konsekwencją "porządkowania się materii" w naszym wszechświecie. No bo czemuż by nie?
Skoro ateiści zakładają, że mózg ludzki czy takie dajmy na to DNA powstało samoistnie, to czyż nie byłoby logicznym założyć, że możliwym jest też, że na drodze ewolucji może powstać taka siła czy inteligencja, która może stworzył inny wszechświat jak Bóg właśnie? Dla mnie to całkiem przekonywująca idea.

Drugim i jedynym jaki widzę argumentem na nieistnienie Boga jest fakt iż mamy starość, choroby, wojny, nieszczęścia i inne tego typu "kiepskie" rzeczy.
Owszem mamy. Ale co z tego?
Czyż jeśli założymy na chwilę postulat istnienia Boga to nie powinniśmy założyć też, że jest on sprawiedliwy. A sprawiedliwość wyklucza interwencje boskie na szeroką skalę. Bo jeśli by do nich doszło, to musiałyby one dotyczyć wszystkich ludzi. Zatem Bóg musiałby ustanowić raj na Ziemi.
Wydaje mi się to pozbawione sensu.
Dużo prostszym i słuszniejszym rozwiązaniem jest danie człowiekowi możliwości działania (ciała i umysłu) oraz wolnej woli i sprawdzenie, co on (człowiek) z tym zrobi.

Tak więc jestem zdecydowanym przeciwnikiem opiekuńczej roli Boga. Owszem, może się to zdarzyć od czasu do czasu - np. niewytłumaczalne uzdrowieni, ale to jednak wypadki naprawdę szczególne zdarzające się kilkakrotnie w skali globu.
Moim zdaniem przyjął on rolę obserwatora. Patrzy sobie po prostu z niebios (które moim zdaniem są innymi wymiarami), co ludzie robią ze swoim życiem.
To dla mnie jasne jak amen w pacierzu.

Czyli ci, którzy obarczają Boga za nieszczęścia na świecie... błądzą po prostu.
ON NIE JEST ZA TO ODPWIEIDZIALNY!

Jakie ja mam powody by wierzyć w Boga?
Jakie są ku temu przesłanki? Bo nie dowody, gdyż takich być nie może, z oczywistego i zaplanowanego przez Stwórcę powodu.

Oto one, w kolejności narastania ich ważności. Wszystkie są one dla mnie niewytłumaczalne i kardynalne.
1. MATERIA
2. ŻYCIE
3. INTELIGENCJA
4. UMYSŁ/ŚWIADOMOŚĆ
5. MIŁOŚĆ


Materia
Jak to jest możliwe, że ona w ogóle istnieje?
Bo bez względu na to czy założymy tzw. model Bohra atomu czy Schrodinger'a, to na mój "chłopski" rozum aby elektrony mogły "krążyć" wokół jądra muszę posiadać energię. Dlaczego elektrony jej nie tracą z biegiem czasu? Skąd to niewyczerpane źródło energii?
W tym podpunkcie wspomnę tez o tzw. czarnej energii i materii? Skąd one się biorą, jaka jest ich natura?
Pomimo ogromnego poziomy wiedzy i techniki współczesnej ludzkości, ludzie nie mają pojęcia jak na to odpowiedzieć. Wniosek - są na Ziemi (czytaj w kosmosie) rzeczy, "o których się filozofom nie śniło".

Życie
To dla mnie jeszcze większa zagadka niż wspomniana powyżej czarna energia.
Bo pomyślcie, jak złożonym układem jest np. układ nerwowy człowieka czy system echolokacji nietoperza?
I że każda komórka to tak naprawdę potężna fabryka biochemiczna, której ludzie nie zbudują jeszcze bardzo bardzo długo (o ile w ogóle!!!).
Moim zdaniem i z tego co wiem nie jestem w tym odosobniony, powstanie życie przeczy drugiej zasadzie termodynamiki która mówi że "entropia układu rośnie". Nie wdając się w naukowe wyjaśnienie - zainteresowanych odsyłam do netu, zobrazuję to przykładem spotkanym w jednym z programów na kanale Discovery.
Otóż załóżmy że DNA, które jest podstawową cegiełką życia, jest zamkiem z piasku na plaży. Ma on cztery wieże, zamek główny i mury dookoła. I teraz co jest bardziej prawdopodobnym:
1. Czy ten zamek usypany został samoczynnie przez wiatr?
2. Zrobił go mały chłopczyk bawiący się na plaży?
Dla mnie wybór jest oczywisty!

I jeszcze dwie ważne sprawy w temacie "życie".
Czy widzicie, że aby ono mogło zaistnieć w przypadkowy sposób (przyznam tu, że teoretycznie jest to możliwe! Może jak 1 do tryliona trylionów, ale jest) to musiałoby się "zacząć w bardzo wielu punkach jednocześnie", tak aby zaczęły funkcjonować łańcuchy pokarmowe.
Czy to nie byłoby dziwne? Taki dodatkowy globalny zbieg okoliczności?

No i na koniec teoria Darwina.
Czy naprawdę myślicie, że wystarczy założyć, iż kiedyś tam powstał w praoceanie pierwszy chemiczny związek organiczny i dołożyć do tego kilkaset milionów lat, by... wyszedł człowiek?
Dla mnie przyjęcie takiej tezy jest dość naiwne.
Bo... każda zmiana dokonuje się nie przez miliony lat ale w jednym pokoleniu. Następnym pokoleniu!
Dlaczegoż więc nie obserwujemy dalszej ewolucji gatunków?
Dlaczego człowiekowi nie próbują rosnąć skrzydła czy macki czy np. dwa członki w przypadku mężczyzn, dla których problem impotencji może być dokuczliwy?
Nauka nie zna takich przypadków! A zwierząt i roślin jest na Ziemi naprawdę dużo. Czy one wszystkie boją się ewoluować? Dlaczego?

Inteligencja, umysł (świadomość)
O ile powstanie życia nosi w moim odczuciu znamiona prawdopodobieństwa, czyli że mogło powstać przypadkiem, to ta dwójka jest w moim odczuciu zupełnie niewytłumaczalna.
Nikt mi nie wmówi, że jak zamknę w pokoju miliard miliardów atomów i poczekam miliard miliardów lat to potem będę mógł  zadać dowolne pytanie i tym pokoju i dostanę na nie odpowiedź.
To dla mnie niedorzeczne!

LOVE
Największa "magia" moim zdaniem.
Niespotykana wśród zwierząt. No bo czy słyszeliście by któreś z nich poświęciło własne życie aby ratować innego dorosłego przedstawiciela swojego gatunku. Tak, to się zdarza ale tylko w odniesieniu do dzieci. W świecie dorosłych nie słyszałem o takim przypadku.
Miłość i wolna wola to największe atrybuty dane nam od Boga. Bez nich życie byłoby bez sensu!

I jeszcze jeden argument "za".
Jedynie założenie istnienia Boga daje mi możliwość wytłumaczenia sobie obserwowalnej rzeczywistości.

Ta wiara... to przekonanie, daje mi też spokój i pogodę ducha!

poniedziałek, 30 marca 2015

Make love not war - czyli jak zaprowadzić pokój na świecie

Witajcie po długiej przerwie!
Powody tego były zasadniczo dwa. Mój notebook, staruszek Asus X51R odmówił posłuszeństwa, a po drugie... kiedyś tam obiecywałem że nie będę pisał o bzdurach. A przynajmniej nie do czasu, kiedy zajmę się kilkoma poważnymi sprawami. No i jak już zacząłem myśleć jak je rozwiązać (te poważne problemy), to moja prawie łysa czacha zaczęła dymić że aż straż pożarna musiała przyjechać gasić ten niecodzienny pożar ;-)
No nie... żartuję. Tak źle nie było, choć naprawdę musiałem wysilić umysł przeprowadzając kilkakrotnie burzę jednego mózgu.
No i poza tym jeszcze przez dwa tygodnie byłem chory. Tak więc wybaczcie. Teraz powinno pójść już lepiej z tym moim "nikomu niepotrzebnym" blogiem.

A więc...
Mając do wyboru głód na świecie i wojny, o których kiedyś wspominałem, wybrałem to drugie. Dlaczego tak, opowiem przy okazji pomysłu na rozwiązywanie problemu głodu na świecie, choć liczę, że część z Was sama na to wpadnie.

Jak więc rozwiązać konflikty zbrojne na naszej planecie?
Mam 3 rozwiązanie tego problemu. Omówię teraz pokrótce każde z nich.
Aha... pominę dwa pomysły które uważam ze niewarte omówienie. Są to przestępcze przejęcie władzy na świecie (choć z drugiej strony jest takie powiedzenie, że "cel uświęca środki") oraz działanie siły wyższej, czyli np. kosmitów.

A więc "normalne" sposoby zakończenia konfliktów zbrojnych na świecie przedstawiają się następująco:

1. Wspólpraca międzynarodowa
To prosta koncepcja. Opiera się na tym, że liderzy powiedzmy 30 najpotężniejszych państw świata zbierają się do kupy i postanawiają iż "kończą wszystkie konflikty zbrojne", choćby za cenę nowych, ale krótkotrwałych walk z grupami, które nie chcą się rozbroić i poddać na apel społeczności międzynarodowej.
Tak, to trochę radykalny sposób, bo zakładałby eskalację działań wojennych. Ale liczę, że byłaby ona krótkotrwala. Oczywiście wymagałaby ona podjęcia wszelkich działań zmierzających do realizacji celu głównego.
Uważam ten sposób za możliwy do realizacji, ale niestety dość mało nierealny. Niestety!
Nie wszystkim bowiem zależy na wygaszeniu konfliktów zbrojnych. Ba, są tacy którzy je podsycaja lub nawet wywołują. Bo z nich żyją. I to zarówno osoby prywatne, jak i rządy państw.

2. Trzech filantropów czyli ogólnoświatowy spisek ludzi dobrej woli
Ten sposób opiera się na działaniach kilku miliarderów - założyłem że trzech, którzy zaangażowali by się osobiście (także swoim majątkiem) w relizację tego szczytnego celu.

Sposób działana widziałbym dwutorowy:
- stworzenie gazu usypiającego nie powodującego znaczących działań ubocznych - plan A
- opracowanie sposobu neutralizacji prochu lub innego materiału wybuchowego miotającego stosowanego w nabojach broni palnej - plan B

No i po kilkuletnich pewnie przygotowaniach, na opracowanie samych technologii, jak  również przygotowaniami do dnia X (przygotowaniu środków przenoszenia gazu nad obszary, gdzie występują konflikty zbrojne oraz "podmiankę" normalnej amunicji, na taką którą można zneutralizować) można by podjąć akcję próby zmiany świata.
Plan A polegałby oczywiście na rozpyleniu nad terenami walk gazu usypiającego (oczywiście warto by wcześniej pozbawić strony konfliktów w dostęp do masek przeciwgazowych), po ktorym "czyściciele" przeszliby po terenach śpiących zabierając im środki walki, łączności, zaopatrzenie, etc. Można by "parę osób" dodatkowo aresztwać, jeśli miałoby się dowody ich np. zbrodnie wojenne). Plan B realizowałby się jednoczśnie z planem A i miałby on za zadanie wzmocnienie skutków akcji, a tam gdzie jednak nie dałoby się uśpić walczących, na wkrocznie tam "jednostek stabilizujących".

Sposób powyższy uważam za możliwy, choć cholernie trudny do przeprowadzenia. Największą trudność widzę w zachowniu wszystkiego w ścisłej tajemnicy. Bo działałania na skalę globalną wymagałyby zaangażownia ogromnej liczby osób i wątpię aby któraś z nich się nie wygadała, na przykład mediom.
Jedyny sposób aby temu przeciwdziałać, to albo zastraszenie - wszak jak napisałem wcześniej, jest odpowiednie do tego przysłowie, bądź poprzez znaczącą gratyfikację finansową, jeśli wszystko zakończyłoby się sukcesem. No chyba, że zaangażowani zostaliby do tego ludzie "poważni i uczciwi", dla których idea byłaby ważniejsza niż doraźne korzyści.

3. Make love, not war
Trzeci sposób jest najprostrzy i możliwy do przeprowadzenia w jednej chwili.
Wystarczy uwierzyć w istnienie Boga i przyjąć zasadę, że jeśli On stworzył życie, to nie po to aby ludzie na wzajem je sobie odbierali.
Takie rozumowanie jest oczywistą oczywistością. I myślę... mam nadzieję, że jeśli ludzie by sobie to uświadomili, to zarzewia walki wygasłyby w jednej chwili. Wszak Jezus mawiał "kochajcie nieprzyjaciół swoich".

Pytanie tylko, jak to zrobić? Jak przekonać ateistów czy wątpiących, że "nie mają racji"?
Podejmę tę rękawicę w następnym wpisnie. Zrobię go prawdopodobnie 21. kwietnia.
Dziś powiem tylko że Bóg istnieje! I że są ku temu obiektywne przesłanki.
Nie dowody! Bo takich być nie może.
Ale przesłanki są! I są niezaprzeczalne!

piątek, 19 września 2014

11 przykazanie - idee fixe nr 1

Dziś rozpoczynam "dział" pt. moje wielkie pomysły ;-)

Kilka ich się urodziło w mojej głowie i dziś zdecydowałem się kilkoma z nich z Wami podzielić. Może ktoś będzie chciał je wykorzystać, czyli urzeczywistnić. Bo to wcale nie byłoby to takie trudne. Wystarczyłoby kilku "entuzjastów" plus finansowe wsparcie kogoś zamożnego. I to niekoniecznie kogoś z pierwszej setki najbogatszych Polaków.
Pomyślcie o tym Ci, którzy macie tak dużo kasy, że... "aż wstyd". Że aż tyle trzymacie tylko dla siebie.

Idee fixe nr 1

Internet jest znakomitym sposobem i miejscem, gdzie można by zrealizować ideę "11-go przykazania". Brzmi ono:
"Wszystko co Ci niepotrzebne, oddaj innym!"
I to za darmo. Tak... z dobrego serca.
Czyż to nie piękna idea?


Ja wyobrażam to sobie tak.

Serwis internetowy pod adresem: jedenaste.pltheleventh.comtheleventh.org lub theleventh.eu (wszystkie te domeny są moją własnością i mogę je oddać za darmo!), gdzie ogłaszały by się osoby chcące coś oddać komuś potrzebującemu. Czyli byłby to serwis ogłoszeniowy, których wiele w sieci - weźmy takie Lento.pl (bardo przyzwoicie zrobiony serwis).

Ale wystawiane przedmioty to dopiero początek.
Bo żeby serwis działał tak, jak sobie to umyśliłem, to:

  • 1. Odwiedzający, czyli potrzebujący musieliby mieć możliwość zamieszczania swoich próśb do ewentualnych darczyńców. Byłby to krótki tekst mający przekonać darczyńcę do tego, aby dany przedmiot oddał właśnie tej osobie. Ze względów technicznych trzeba by niestety ograniczyć liczbę tych wpisów do powiedzmy 12, 13 czy 20.
  • 2. Koszty dostawy darowanych rzeczy byłyby po stronie darczyńcy. To trudne, ale ufam, że znaleźli by się tacy, którzy by się na to zgodzili. To warunek tego, żeby do darów mieli dostęp naprawdę ubodzy. Bo jak ktoś miałby zapłacić za paczkę tyle, co z całej zbiórki puszek i makulatury z tygodnia, to....
  • 3. W weryfikację prawdziwości wpisywanych próśb (aby nie dostawali darów naciągacze i handlarze, bo gdyby tego zabezpieczenia nie było, na pewno taki "rynek" by się rozwinął)  trzeba by zaangażować osoby lub organizacje zaufania publicznego, które "poświadczały" by rzeczywistą potrzebę osób proszących o przekazanie darów. Myślałem, że mogłoby to być duchowieństwo, policja, pomoc społeczna, fundacje charytatywne czy harcerze, którzy mają odpowiednie rozeznanie "w terenie".
  • 4. Każdy z darczyńców przekazywałby też mała cegiełkę (myślę, że 3-5 zł by wystarczyło) na działalność serwisu. Czyli opłacenie łącz, serwerów i ewentualnie osób, które poświęcałyby tyle czasu na ten projekt, co praca na co najmniej pół etatu.

I to już wszystko.
Teraz potrzeba 3-4 osób, sto tysięcy złotych na początek i odrobiny szczęścia, a za 3-4 miesiące mamy serwis WWW, który może zmienić świat.
I to jak widać po zarejestrowanych domenach, nie tylko w Polsce.

Ech... te moje marzenia...

Aha... pomysł ten powstał jako modyfikacja pierwotnej idei, czyli banku lekarstw. Bo od tego ktoś mógłby zacząć. Tak, niepotrzebna lekarstwa dla ludzi starszych oraz zabawki dla najmłodszych. Chyba te biedne i samotne, najbardziej by się z takich darów cieszyły.


Dla zainteresowanych tym pomysłem, choć w oproszczonej wersji, oddaję do dyspozycji:

środa, 17 września 2014

The question - "to" pytanie

Dziś rzecz ważna i ciekawa.
Pytanie, które powinien sobie zadać chyba każdy myślący człowiek. A więc chyba każdy, bez wyjątku.
Sprawa tyczy się Boga.

Ale pytanie nie brzmi: czy Bóg istnieje, tylko... czy warto wierzyć w Boga?

Nim podejdziemy jednak do tego problemu, spróbujmy zdefiniować Boga? Bóg... któż to taki?
Na pewno nie siwy starzec, który mieszka na obłokach i rządzi ludzkimi losami. To aspekty nie mieszczą się w definicji Boga. Przynajmniej mojego.
Według mnie Bóg to "istota wyższa", być może nawet trudną do zdefiniowania, dysponująca nieograniczonymi wręcz możliwościami. Na przykład takiego poskładania atomów aby zatliło się życie (powstały wszystkie procesy biologiczno-chemiczne aby mogły się rozwijać np. rośliny), czy też wywołanie tak zwanego wielkiego wybuchu, który jest powszechnie uważany za początek naszego wszechświata.
Taaak... to chyba wyczerpuje moją definicję Boga.

Zastanówcie się teraz nad pytanie czy warto wierzyć w takiego Boga. Czyli lepiej odrzucić tę możliwość i żyć... "w samotności".
A tak przy okazji, czy zadaliście sobie kiedyś pytanie, czy Bóg czuje się samotny, jeśli oczywiście istnieje? Bo jak tak! Ale nie zdradzę Wam odpowiedzi, do której doszedłem.

Nie jestem osobą, która komukolwiek chciałby narzucić swój "transcendentny" światopogląd, choć z każdym mogę na ten temat przegadać godziny świetlne, dlatego zbliżam się już do końca tej "dyskusji". Jeszcze tylko trzy myśli, nim pozostawię Was samych z pytaniem "czy watro wierzyć w Boga":
1. Jeśli Bóg istnieje, to nie musi okazywać nam swoje mocy, na przykład sterując naszymi losami (to zresztą byłoby zupełnie bez sensu. to tak jakby Bóg miał grać nami w Sims'y)
2. Istnienie Boga nie oznacza wcale, że istnieje niebo czy piekło, czy inny podobny "twór" i co ważniejsze, że istnieje życie wieczne.
3. Bóg sam w sobie nie jest ograniczeniem stawianym ludziom. Ograniczenia stawiamy sobie sami.


Powodzenia w rozmyślaniach!
Chętnie przeczytałbym jakiś ciekawy komentarz pod tym wpisem.