Translate

poniedziałek, 22 grudnia 2014

X-mass AD2014

Moi drodzy czytelnicy. W przeddzień Wigilii Świąt Bożego Narodzenia A.D.2014:
- miłości, bo ona jest najważniejsza
- radości, bo z nią życie jest piękne
- zdrowia, bo bez niego trudno jest docenić dwa powyższe
- (s)pokoju w waszych sercach i na świecie, bo gdyby on był w sercach wszystkich, wszystko wyglądałoby inaczej
i.... czego tam sobie tylko życzycie!
Pozdrawiam cieplutko
Robert Piotr Młynarczyk
P.S.

/Mateusz 25/
41
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: "Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! 
42
Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść;
byłem spragniony, a nie daliście Mi pić;
 
43
byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie;
byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie;
byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie." 
44
Wówczas zapytają i ci: "Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?" 
45
Wtedy odpowie im: "Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili". 

czwartek, 11 grudnia 2014

Ordynacja podatkowa AD 2016

Ordynacja podatkowa AD 2016 czyli jak coś to "musi trwać dwa lata" załatwić w 4 miesiące.

/najpierw mały background/
Ze dwa-trzy dni temu słyszałem w TV, że nasz Pan Prezydent wyszedł z inicjatywą ustawodawczą by tak zmienić ordynację podatkową aby wszelki niejasności (spory) w przepisach podatkowych były interpretowane na korzyść podatnika, a nie Urzędów Skarbowych (pokazali go przy tym jak podpisuje jakiś papier, wnoszę więc, że były to właściwe do tej akcji dokumenty).
Bardzo cenna inicjatywa i miły gest!

Ale zaraz potem w materiale TV przypomniano expose Pani Premier, w którym zapowiedziała "szybką" zmianę ordynacji wyborczej (chyba w 12 miesięcy miało to być!), a potem jakiegoś pan a z Ministerstwa Finansów, który powiedział, że pracę na tym już trwają ale zakończą się... i tu proszę o uwagę... za dwa lata (znając życie te dwa lata trzeba traktować dość ostrożnie, gdyż niewykluczony jest zwyczajowy poślizg). Wspomniano jeszcze przy tym o jednym fakcie, mianowicie o ilości interpretacji US w sprawie przepisów, a było tego bardzo bardzo dużo. Niestety, nie zapamiętałem dokładanej liczy ale chodziło na pewno o tysiące takich opinii. A może nawet o dziesiątki tysięcy w skali roku.

I teraz przechodzimy do meritum.
Oto mój pomysł (zgodny z koncepcją optymalizacji, czyli odpowiedzi na proste pytanie - "czy nie można tego zrobić lepiej?") na  opracowanie zupełnie nowej i prostej w moim odczuciu ordynacji wyborczej.
Trzeba zrobić tak:
1. Zapytać rządy wybranych państw czy "udostępniłyby" nam swoje prawo do zastosowania w Polsce i udzieliły ewentualnych konsultacji w tym zakresie. Mogły by to być, dajmy na to: USA, Kanada, Japonia, Wielka Brytania, Dania, Belgia, Holandia, Szwecja, Szwajcaria, Norwegia. Ewentualnie i inne.
2. Przeczytać i przeanalizować ordynacje wyborcze powyższych państw.
3. Zapytać o wskaźniki mikro- i makroekonomiczne (na pewno takie by się znalazły) występujące w tych krajach oraz o ilości wydawanych przez ich uprawnione instytucje interpretacji przepisów podatkowych.
4. Wybrać ordynację kraju jw. jaka najlepszą z analizowanych.
5. Wprowadzić niewielkie poprawki w oryginalnych "tekstach". Mam tu na myśli głównie progi podatkowe i kwoty wolne od opodatkowania, tak aby nasz budżet mógł się zamknąć.
6. Przygotować właściwy tekst ustawy.
7. W trybie pilnym procedować jej uchwalenie i podpisanie przez prezydenta.
8. Opublikować nową ustawę "Ordynacja podatkowa" w Dzienniku Ustaw RP (to oczywiste ale była ostatnio wpadka w tym temacie, więc o tym piszę).
9. Cieszyć się! ;-)

Myślę, że stawa jest dość prosta i dała by się załatwić w nie więcej niż pół roku. Oczywiście jeśli urzędnicy wzięliby się do roboty i byłaby wola polityczna by to zrobić.
I tego właśnie Państwu i sobie serdecznie życzę.

Aha... zapomniałem o jednej ważnej rzeczy. W pkt. 6 należałoby koniecznie zawrzeć zapis, że kwestie sporne między podatnikami a Urzędami Skarbowymi byłyby rozstrzygane w trycie 120 godzinnym (5 dni roboczych!), przy czym jeśli rację miałby podatnik, to pracownik US ponosiłby karę w wysokości dwóch swoich pensji  - jedna podlegała by wpłacie do budżetu państwa, druga przekazywane byłaby na cele charytatywne. Gdyby zaś "winnym" był podatnik, to sąd zasądzałby nawiązkę z przeznaczeniem na cele społeczne/charytatywne w następującej wysokości:
- 100% przy kwocie sporu do wysokości średniej krajowej pensji
- 50% przy kwocie sporu do wysokości 10 średnich krajowej pensji
- 30% przy kwocie sporu do wysokości 50 średnich krajowej pensji

- 10 % przy większych kwotach sporu niż powyżej określone.
/to oczywiście taki przykład, specjaliści mogliby to zrobić nieco inaczej. ważna jest zasada - szybkie rozstrzygniecie i odpowiedzialność za swoje działania i decyzje/ 

sobota, 6 grudnia 2014

Poczta Polska - czyli jak nie robić sobie z gęby cholewy

Byłem kilka dni temu na poczcie. I co tam zastałem?

Ano był tam awanturujący się pewien pan, bynajmniej nie był w garniturze (bo jak widomo mężczyzna w garniturze jest mniej awanturujący się), któremu nie podobało się to, że jako klient Banku Pocztowego, musi tak jak każdy inny interesant stać w kolejce. Chociaż przy podpisywaniu umowy wyraźnie mu mówiono, że klienci banku będą załatwiani "poza kolejnością".
Facet przestał się awanturować, tzn. złorzeczyć, dopiero wtedy, kiedy pani z okienka powiedziała że jest to decyzja kierowniczki poczty i ona nic nie ma do gadania, tylko ten przepis wypełnić.

Moja więc, i to bezpłatna porada dla Poczty Polskiej jest taka:
JEŚLI WPROWADZACIE NOWĄ USŁUGĘ TO NIE RZUCAJCIE SŁÓW NA WIATR BO TO SIĘ PO PROSTU NIE GODZI. NIE MÓWIĄĆ JUŻ O TYM, ŻE TRACI SIĘ W TEN SPOSÓB KLIENTÓW.

W SYSTEMIE "NUMEROWYM" KTÓRY JEST PRZYNAJMNIEJ NA MOJEJ POCZCIE, SĄ JESZE DWA WOLNE GUZICZKI, KTÓRE MOŻNA BY WYKORZYSTAĆ PRZY TEJ WŁAŚNIE SYTUACJI - DO OBŁUGI BANKU POCZTOWEGO.
TO TYLKO KWESTIA WŁAŚCIWEJ ORGANIZACJI I PEWNIE TEŻ FINANSÓW NA "PRZEROWBIENIE" SYSTEMU.

BO JEŚLI SIĘ COŚ LUDZIOM OBIECUJE, TO TRZEBA TO WYPEŁNIĆ, A NIE MYŚLEĆ, ŻE "JAKOŚ TO BĘDZIE".

To tyle w tym temacie.

A w temacie poczty, mam jeszcze 'słówko' ale dla jej klientów.
Korzystając z systemu numerkowego (czyli takiego, że aby być obsłużonym trzeba pobrać numerek i poczekać na swoją kolejkę), niewykorzystanych numerków nie odkładajmy dla innych. Bo jest to po prostu niesprawiedliwie.
Sam widziałem ostatnio sytuację, kiedy ktoś zupełnie nowy, znalazł taki numerek i zamiast czekać około pół godziny (a przynajmniej kilkanaście minut) na swoją kolejkę, od razu, po prostu "z marszu" mógł podejść do okienka.
I gdzież tu sprawiedliwość społeczna, się pytam? Zwłaszcza ze w kolejka stoją i ludzie mocno starsi i chorzy.
Poprawcie się gagatki!

niedziela, 16 listopada 2014

Client friendly czyli NIE nieuczciwemu traktowaniu klienta

Witam po dłuższej nieobecności! Miałem przerwę związaną z nadzieją, że ktoś się może zainteresuje moją idee fixe, ale... moje nadzieje okazały się płonne. Zatem oto kolejne posty o naprawie świata.

Dziś sprawa prywatna, ale jednak związana z działaniami optymalnymi i to w kilku aspektach. Oto one:
1. Jak najlepiej załatwić reklamację.
2. Jak skutecznie nastraszyć (przynajmniej mam taką nadzieję) nieuczciwy bank.
3. Jak rozwiązać problem banku, aby podobne reklamacje się już nie powtarzały.
4. Jak postąpić aby takie sytuacje, jak ta którą opiszę poniżej, nigdy nie miały miejsca.

Zacznę od pkt. 4 bo jest to najprostsze do opisania.
Otóż klucz leży w założeniu że:
klienta traktujemy tak samo, jak sami byśmy chcieli być potraktowaniu będąc na jego miejscu. Proste, prawda?

Czyli mówiąc inaczej, klienta nie należy wyrolować (powstrzymuję się tu od bardziej dobitnych słów), tylko postąpić z nim uczciwie, zgodnie z wysokimi standardami etycznymi i pełnym profesjonalizmem.

Tymczasem moje osobiste doświadczenia pokazują, że zwykle jest zupełnie inaczej. Miałem 3 takie przypadki (mam na myśli moje "potyczki" z bankami), a ostatni jest całkiem świeży, toteż go tu opiszę. Ku przestrodze innych oraz aby "mój" bank naprawił to, co schrzanił. Bo NIE ODPUSZCZĘ !!!
Zaczynajmy więc.

Oto chronologiczny przebieg zdarzeń:
A.
01-10-2014 r. podpisałem z jednym z dużych banków (miało być "bez nazwisk", jak było w pierwotnym poście, ale że moje oczekiwania nie zostały spełnione - vide koniec wpisu, to muszę wywiązać się z deklaracji. Bankiem tym był Deutsche Bank Polska S.A.) umowę o kredyt gotówkowy. Szczegóły umowy są mało istotne (pomijam to, co jest zbędne), ale ważnej jest to, że integralną częścią umowy było przystąpienie do ubezpieczenia, zawieranego w jednym z dużych i najbardziej znanych towarzystw ubezpieczeniowych (tu też podaję nazwę, choć pierwotnie jej nie było - AXA Życie Towarzystwo Ubezpieczeń S.A.).
Następnego dnia bank przelał właściwą kwotę na odpowiednie konto w moim banku.

B.
08-10-2014 odstąpiłem od ww. umowy, po czym następnego dnia przelałem kwotę kredytu powiększoną o koszt ubezpieczenia, wraz z odsetkami za okres kilku dni korzystania ze środków banku. Dodałem ekstra 100 zł na wszelki wypadek, gdyby odsetki wyliczone przez mnie, nie zgadzały się z tymi z umowy (mógł wchodzić w grę 1 dzień "extra" pojawienia się kasy na koncie).
Odstąpienia od umowy dokonałem na druku "Oświadczenia o odstąpieniu od umowy", który był integralną częścią umowy, a stało się to zgodnie z Paragrafem 7 pkt. 3 umowy.

C.
Ponieważ w umowie stało napisane, iż:
- "W przypadku wcześniejszej spłaty całości kredytu Bank dokona rozliczenia w terminie 14 dni od daty dokonania wpłaty na rachunek kredytu" - Paragraf 3 pkt. 5
oraz
- "Kredytobiorca zobowiązany jest nie później niż w terminie 30 dni od dnia złożenia oświadczenia o odstąpieniu od Umowy, do zwrotu kwoty kredytu..." - Paragraf 7 pkt. 3
uznałem, że 30 dni to dość czasu aby bank się ze mną rozliczył.

D.
12-11-2014, czyli pod Święcie Niepodległości napisałem maila do banku podając w tytule wiadomości nr mojej umowy kredytowej, a w treści:
Witam,
Kiedy dostanę zwrot środków z rozliczenia wpłaconych kwot na poczet spłaty pożyczki o nr jw. (umowa została wypowiedziana w przewidzianym jej treścią terminie i formie), gdyż nie wiem czy mam jeszcze parę dni poczekać (pytanie tylko ile???), czy przedsięwziąć adekwatne do sytuacji kroki?
Z poważaniem,
Robert Młynarczyk
\
E.
14-11-2014 przyszła odpowiedź:
W celu wyjaśnienia zaistniałej sytuacji zapraszamy do kontaktu z Teleserwisem pod numerem telefonu...

Tak też się oczywiście stało. Zadzwoniłem do teleserwisu banku i.... oto czegóż się dowiedziałem od bardzo miłej - to trzeba przyznać, i kompetentnej pani.
Otóż, odstąpienie od umowy kredytowej nie jest równoznaczne z rezygnacją z ubezpieczenia z nią związanego, bo są to oddzielne produkty. Tak samo jak od umowy powinienem odstąpić od ubezpieczenia, co można zrobić w oddziale banku.

Oczywiście w trybie natychmiastowym udałem się do oddziału banku z zamiarem odstąpienia od umowy ubezpieczenia oraz złożenia reklamacji czy też może wniosku w charakterze reklamacji o wypłatę zadośćuczynienia w wysokości kosztu poniesionego przeze mnie ubezpieczenia. Spodziewam się bowiem że ubezpieczyciel nie zwróci mi pełnej kwoty. Zatrzyma sobie część proporcjonalną do długości obowiązywania ubezpieczenia, co moim zdaniem wyniesie (przy założeniu że cykle liczone będą miesięcznie): 1848/12*2=308 PLN. To całkiem spora kwota - można mieć prawie 100 piw! ;-)

W oddziale miły pan wypełnił właściwy formularz odstąpienia od umowy ubezpieczenia (ważne że był to druk banku, w którym brałem kredyt, a nie druk ubezpieczyciela), który oczywiście podpisałem.
Jeśli zaś chodzi o reklamację, to usłyszałem że lepiej jak sam ją zgłoszę przez stronę WWW banku, bo tak będzie szybciej. I tak właśnie zrobię za kilkanaście minut.

Podsumowanie mojej sprawy widziane moimi oczyma:
1. Na 99% poniosę stratę w wysokości 308 PLN, no chyba  że bank uwzględni moją reklamację, która będzie skutkiem:
- niezawinionej beztroski banku udzielającego mi kredytu, która nie zadziałała "client friendly"
- rażącego błędu (być może świadomego) w procedurach stosowanych w banku
- być może zmowy banku z ubezpieczycielem, gdyż przypuszczam że dzięki takim przypadkom temu drugiemu są generowane dodatkowe zyski
2. Bank nie wykazał się profesjonalizmem w podejściu do klienta.
Moje zastrzeżenia to:
- brak zapisów w umowie mówiących, że kredyt i ubezpieczenie są produktami oddzielnymi i trzeba je wypowiadać oddzielnie,
- brak formularza wypowiedzenia ubezpieczenia, który byłby załącznikiem umowy
- brak zapisu w umowie o terminie zwrotu (rozliczeniu się z klientem) właściwej kwoty odstępującemu od umowy kredytu
- brak informacji przekazanej przez konsultanta o konieczności wypowiedzenia ubezpieczenia (o możliwości odstąpienia od umowy w terminie 14-dniowym zostałem jak najbardziej poinformowany!)
3. Teraz ja, jako niedoszły klient banku będę pozostawał na ich łasce. Bo nie dość że od ich decyzji będzie zależeć wypłata mi pełnej wysokości kosztu ubezpieczenia, to jeszcze nie wiadomo kiedy to nastąpi. Bo w umowie nie jest to określone. Może więc być jutro, jak i za 3 lata. No chyba ze wcześniej sąd o tym zdecyduję.
4. Zawsze myślałem, że jeśli umowa zostaje wypowiedziana albo traci ważność z mocy prawa, to przywracane są automatycznie wszystkie "dobra i okoliczności" sprzed umowy. Jak widać nie we wszystkich przypadkach lub się myliłem. Może jakiś prawnik by się tu wypowiedział.

Moje oczekiwania względem banku:
1. Rozliczenie się ze mną w terminie 14-dniowym, licząc od 17-11-2014 r.
2. Zwrócenie mi "całości kwoty", czyli z uwzględnieniem poniesionych kosztów ubezpieczenia, które obowiązywało w dniach 01-10-2014 do 14-11-2014, gdyż poniosę je z winy banku.
3. Przeprowadzenie działań korygujących w procedurach banków polegających na:
- dopisaniu do umowy kredytu właściwego punktu mówiącego o konieczności wypowiedzenia umowy ubezpieczania w przypadku odstąpienia od umowy kredytu
- dopisaniu do umowy kredytu właściwego punktu mówiącego o terminie rozliczenia w przypadku odstąpienia od umowy kredytu,
- dołączania do umowy kredytu załącznika w postaci formularza odstąpienia od właściwego ubezpieczenia
- poinformowaniu swoich doradców aby podpisując umowy zwracali uwagę klientom na konieczność złożenia dwóch wypowiedzeń umowy, jeśli odstąpienie od umowy będzie miało miejsce.
4. Poinformowaniu mnie e-mailem (na adres w domenie @gazeta.pl - na pewno bank go sobie może odszukać gdyż był używany do korespondencji), w nieprzekraczalnym terminie do 31-12-2014 przez odpowiednią osobę (najchętniej w randze szefa wydziału), że właściwe działania korygujące zostały właśnie wdrożone.

OŚWIADCZENIE:
Oświadczam, że jeśli moje oczekiwania względem banku (wszystkie cztery powyższe punkty) nie zostaną zaspokojone, spotka się to z dalszymi właściwymi działaniami z mojej strony.
Będą to w kolejności:

1. Ujawnienie nazwy banku i nazwy ubezpieczyciela
2. Działania mające za zadanie pogorszenia wizerunku banku (media, Internet, etc.)
3. Poinformowanie Komisji Nadzoru Finansowego o praktykach banku
4. Poinformowanie UOKiK'u oraz postąpienie zgodnie z ich zaleceniami
5. (być może) Wejście na drogę sądowa w celu odzyskania moich pieniędzy


/Z ostatniej chwili 16-01-2015/
Bank oddał mi całą kasę, więc zachował się bardzo przyzwoicie, ale nie wiem czy dokonał działań korygujących w swoich procedurach, a na pewno mi o tym nie doniósł. A wiec skoro słowo się rzekło, to... nie mogę robić sobie z gęby cholewy (zrealizował tylko punkty 1 i 2), zatem podaję jego dane - Deutsche Bank Polska S.A.
Najdalej jutro też, poinformuję Komisję Nadzoru Finansowego oraz UOKiK o moim przypadku. Może coś z tym zrobią.
Aha... a co do rozliczenia finansowego, to rzeczywiście stało się to szybko. Także w przypadku rozliczenia mojego kredytu, który nastąpił zaraz po zwrocie kwoty kredytu. Tak więc w powyższym tekście przedstawiającym chronologię wydarzeń jest nieścisłość. Ale nie zmienia to meritum sprawy.

piątek, 19 września 2014

11 przykazanie - idee fixe nr 1

Dziś rozpoczynam "dział" pt. moje wielkie pomysły ;-)

Kilka ich się urodziło w mojej głowie i dziś zdecydowałem się kilkoma z nich z Wami podzielić. Może ktoś będzie chciał je wykorzystać, czyli urzeczywistnić. Bo to wcale nie byłoby to takie trudne. Wystarczyłoby kilku "entuzjastów" plus finansowe wsparcie kogoś zamożnego. I to niekoniecznie kogoś z pierwszej setki najbogatszych Polaków.
Pomyślcie o tym Ci, którzy macie tak dużo kasy, że... "aż wstyd". Że aż tyle trzymacie tylko dla siebie.

Idee fixe nr 1

Internet jest znakomitym sposobem i miejscem, gdzie można by zrealizować ideę "11-go przykazania". Brzmi ono:
"Wszystko co Ci niepotrzebne, oddaj innym!"
I to za darmo. Tak... z dobrego serca.
Czyż to nie piękna idea?


Ja wyobrażam to sobie tak.

Serwis internetowy pod adresem: jedenaste.pltheleventh.comtheleventh.org lub theleventh.eu (wszystkie te domeny są moją własnością i mogę je oddać za darmo!), gdzie ogłaszały by się osoby chcące coś oddać komuś potrzebującemu. Czyli byłby to serwis ogłoszeniowy, których wiele w sieci - weźmy takie Lento.pl (bardo przyzwoicie zrobiony serwis).

Ale wystawiane przedmioty to dopiero początek.
Bo żeby serwis działał tak, jak sobie to umyśliłem, to:

  • 1. Odwiedzający, czyli potrzebujący musieliby mieć możliwość zamieszczania swoich próśb do ewentualnych darczyńców. Byłby to krótki tekst mający przekonać darczyńcę do tego, aby dany przedmiot oddał właśnie tej osobie. Ze względów technicznych trzeba by niestety ograniczyć liczbę tych wpisów do powiedzmy 12, 13 czy 20.
  • 2. Koszty dostawy darowanych rzeczy byłyby po stronie darczyńcy. To trudne, ale ufam, że znaleźli by się tacy, którzy by się na to zgodzili. To warunek tego, żeby do darów mieli dostęp naprawdę ubodzy. Bo jak ktoś miałby zapłacić za paczkę tyle, co z całej zbiórki puszek i makulatury z tygodnia, to....
  • 3. W weryfikację prawdziwości wpisywanych próśb (aby nie dostawali darów naciągacze i handlarze, bo gdyby tego zabezpieczenia nie było, na pewno taki "rynek" by się rozwinął)  trzeba by zaangażować osoby lub organizacje zaufania publicznego, które "poświadczały" by rzeczywistą potrzebę osób proszących o przekazanie darów. Myślałem, że mogłoby to być duchowieństwo, policja, pomoc społeczna, fundacje charytatywne czy harcerze, którzy mają odpowiednie rozeznanie "w terenie".
  • 4. Każdy z darczyńców przekazywałby też mała cegiełkę (myślę, że 3-5 zł by wystarczyło) na działalność serwisu. Czyli opłacenie łącz, serwerów i ewentualnie osób, które poświęcałyby tyle czasu na ten projekt, co praca na co najmniej pół etatu.

I to już wszystko.
Teraz potrzeba 3-4 osób, sto tysięcy złotych na początek i odrobiny szczęścia, a za 3-4 miesiące mamy serwis WWW, który może zmienić świat.
I to jak widać po zarejestrowanych domenach, nie tylko w Polsce.

Ech... te moje marzenia...

Aha... pomysł ten powstał jako modyfikacja pierwotnej idei, czyli banku lekarstw. Bo od tego ktoś mógłby zacząć. Tak, niepotrzebna lekarstwa dla ludzi starszych oraz zabawki dla najmłodszych. Chyba te biedne i samotne, najbardziej by się z takich darów cieszyły.

środa, 17 września 2014

The question - "to" pytanie

Dziś rzecz ważna i ciekawa.
Pytanie, które powinien sobie zadać chyba każdy myślący człowiek. A więc chyba każdy, bez wyjątku.
Sprawa tyczy się Boga.

Ale pytanie nie brzmi: czy Bóg istnieje, tylko... czy warto wierzyć w Boga?

Nim podejdziemy jednak do tego problemu, spróbujmy zdefiniować Boga? Bóg... któż to taki?
Na pewno nie siwy starzec, który mieszka na obłokach i rządzi ludzkimi losami. To aspekty nie mieszczą się w definicji Boga. Przynajmniej mojego.
Według mnie Bóg to "istota wyższa", być może nawet trudną do zdefiniowania, dysponująca nieograniczonymi wręcz możliwościami. Na przykład takiego poskładania atomów aby zatliło się życie (powstały wszystkie procesy biologiczno-chemiczne aby mogły się rozwijać np. rośliny), czy też wywołanie tak zwanego wielkiego wybuchu, który jest powszechnie uważany za początek naszego wszechświata.
Taaak... to chyba wyczerpuje moją definicję Boga.

Zastanówcie się teraz nad pytanie czy warto wierzyć w takiego Boga. Czyli lepiej odrzucić tę możliwość i żyć... "w samotności".
A tak przy okazji, czy zadaliście sobie kiedyś pytanie, czy Bóg czuje się samotny, jeśli oczywiście istnieje? Bo jak tak! Ale nie zdradzę Wam odpowiedzi, do której doszedłem.

Nie jestem osobą, która komukolwiek chciałby narzucić swój "transcendentny" światopogląd, choć z każdym mogę na ten temat przegadać godziny świetlne, dlatego zbliżam się już do końca tej "dyskusji". Jeszcze tylko trzy myśli, nim pozostawię Was samych z pytaniem "czy watro wierzyć w Boga":
1. Jeśli Bóg istnieje, to nie musi okazywać nam swoje mocy, na przykład sterując naszymi losami (to zresztą byłoby zupełnie bez sensu. to tak jakby Bóg miał grać nami w Sims'y)
2. Istnienie Boga nie oznacza wcale, że istnieje niebo czy piekło, czy inny podobny "twór" i co ważniejsze, że istnieje życie wieczne.
3. Bóg sam w sobie nie jest ograniczeniem stawianym ludziom. Ograniczenia stawiamy sobie sami.


Powodzenia w rozmyślaniach!
Chętnie przeczytałbym jakiś ciekawy komentarz pod tym wpisem.

poniedziałek, 15 września 2014

Algorytm - bat na ściemiaczy

Na początek dwie definicje:

Algorytm - skończony ciąg jednoznacznie zdefiniowanych czynności, koniecznych do wykonania pewnego zadania. Czyli algorytm ma przeprowadzić system z pewnego stanu początkowego do pożądanego stanu końcowego.
Ściemniacz - potocznie: osoba próbująca spowodować określoną decyzję u słuchacza, mówiąca w taki sposób, aby nie można było odgadnąć rzeczywistych intencji. Mówiąc inaczej, ktoś kto gada tak, że nie wiadomo, o co kaman.

Dzisiejszy wpis odnosi się do tego, czego chyba najbardziej nie lubię w naszej rzeczywistości. Co mnie wkurza... jak nie wiem co! Chodzi o niejednoznaczność polskiego prawa i różnych regulacji formalnych.

Dlaczego to wszystko nie jest zalgorytmizowane???
Wiem dlaczego!
Bo wtedy byłoby wszystko banalnie proste!
Nie trzeba byłoby rzeszy interpretatorów w naszych urzędach czy ministerstwach, prawników czy wszystkowiedzących sędziów. Wystarczyłby najsłabszy komputer czy nawet smartfon i prościutki programik. I wszystko można by załatwić "w pięć minut" (czytaj w max. 48 godziny). A nie jak jest teraz, kiedy czeka się latami... miesiącami czy w najlepszym przypadku tygodniami.

Przykładów można tu mnożyć.
Ja wezmę na wokandę coś, z czym sam się spotkałem w trakcie tworzenia tego bloga. Chodzi mianowicie o publikację numerów rejestracyjnych pojazdów, np. tych źle zaparowanych.
Nie będę przytaczał wszystkiego co wyszperałem w necie na ten temat. Ograniczę się tylko do najważniejszego:

---cyt---

W odpowiedzi na Pana pismo z dnia 8 września 2009 r. nadesłane do Biura GIODO drogą elektroniczną, uprzejmie informuje, że zgodnie z treścią art.6 ust. 1 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r o ochronie danych osobowych (Dz.U z 2002 r. Nr 101, poz 926 z późn. zm.) zwanej dalej ustawą za dane osobowe uważa się wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej. Osobą możliwą do zidentyfikowania jest osoba, której tożsamość można określić bezpośrednio lub pośrednio, w szczególności  przez powołanie się na numer identyfikacyjny albo jeden lub kilka specyficznych czynników, określających jej cechy fizyczne, fizjologiczne,, umysłowe, ekonomiczne, kulturowe lub społeczne (art.6 ust. 2 ustawy). Art 6 ust 3 ustawy stanowi, że informacji nie uważa się za umożliwiającą określenie tożsamości osoby , jeżeli wymagało by to nadmiernych kosztów, czasu lub działań. W świetle cytowanej definicji, za dane osobowe uważa się zarówno takie informacje, które pozwalają bezpośrednio na określenie tożsamości konkretnej osoby, jak również takie, które nie pozwalają na jej natychmiastową identyfikację, są jednakże  przy pewnym nakładzie  kosztów, czasu lub działań wystarczające do jej ustalenia. Nie będą zaś danymi takie informacje, które nie pozwalają na ustalenie tożsamości osoby, bądź też na podstawie których jej zidentyfikowanie będzie wiązało sie z poniesieniem nadmiernych kosztów, czasu lub działań. To czy w konkretnym przypadku dostępne informacja o konkretnej osobie fizycznej będą danymi osobowymi, należy rozważać indywidualnie.

----

"... należy rozważać indywidualnie". No i bądź tu mądry!

Przywołana powyżej Ustawa o ochronie  danych osobowych pozostawia, oględnie mówiąc, zostawia wiele do życzenia. Bo cholera wie, czy imię i nazwisko jest daną osobową. Jeśli dołożymy do nich adres to prawie tak. Prawie, bo jeśli dwóch Robertów Młynarczyków (a kiedyś sprawdzałem na naszej klasie i było ich sześciu) mieszka pod tym samym adresem, to to jeszcze nie jest dana osobowa. Trzeba by to powiązać z inną daną identyfikującą.
Do kroćset?!?! Czy nie prościej byłoby np. zapisać w ustawie, że daną osobową jest:
- imię i nazwisko plus miejsce zamieszkania
- NIP
- PESEL
???

Panie i Panowie posłowie, pracownicy ministerstw i urzędów... Wiem, że wszystkiego się nie da zrobić od razu (no chyba żeby przenieść system prawny z którejś ze sprawdzonych demokracji!!!), ale starajcie się żeby prawo było w Polsce bardziej sprecyzowane czyli jednoznacznie. Żeby jak najmniej pozostawiać w rękach decydentów.
Żeby na przykład było wiadomo, że za pierwszym razem jak złapią cię za kółkiem po pijaku, to zabierają ci prawo jazdy na dwa lata. Jak za drugim, to już dożywotnio. A jak za trzecim, to nie dość że idziesz do pierdla na kilka lat, to po wyjściu wszywają ci esperal i masz się meldować na komendzie co tydzień.
Wtedy kilka osób mogłoby ciągle żyć. Co najmniej dwóje naszych obywateli, o których ostatnio chyba wszyscy słyszeli.

Podobno najbardziej odstraszającym czynnikiem jest nieuchronność kary. Nieuchronność, a nie jej wysokość! Myślę, że to może być prawda.

niedziela, 14 września 2014

Wielkie żarcie czyli sztuka bycie sprytnym resturatorem

Dziś coś szybkiego i prostego. I znów "samo życie".
Byłem otóż wczoraj na pewnej małej rodzinnej imprezce - na chrzcinach. Po części kościelnej, gdzie było w sumie siedem chrztów, rodzicie wyprawili w małej knajpce "mały" poczęstunek.

Ależ się obżarłem, jejku!
Przybyło mi po tej imprezie pełne dwa kilogramy.
Pytanie, czy musiało do tego dojść.

I tak, i nie.

Tak, bo żarcia była duża ilość i wszystko bardzo smaczniutkie. Nie, bo mogłem lepiej rozplanować spożycie. A właściwie mógłbym, gdybym tylko wiedział ile tego żarcia będzie ;-)

A było go naprawdę dużo.
Nie będę tego opisywał w szczegółach, ale powiem tylko tyle, że na koniec imprezy, czyli już po uroczystym torcie (a wcześniej były i ciasta i lody z owocami w charakterze deserów), podano szaszłyki z ryżem. Niestety ich już nie tknąłem, choć wyglądały bardzo smacznie.

Jaka jest więc moja rada?
Nie wiem czy się  to może przyjąć jako ogólna zasada ale, jeśli ja byłbym restauratorem, to zdecydowanie  udostępniałbym menu imprezy do wglądu biesiadnikom.
Nie zostawiałbym ich w niepewności!


Wystarczyła by jedna lub dwie wydrukowane kartki A4 na daną uroczystość, leżące gdzieś na ladzie czy bocznym stoliku.
I wtedy, każdy mógłby sobie zerknąć, zadecydować i rozplanować swoje spożycie.
Taka jest moja rada. Bo wszystkim by ona wyszła "na zdrowie".

PS.
Dobrze byłoby też powiedzieć gościom, choć to uwaga już dla organizatorów impresy ze strony rodziny, do której godziny jest rezerwacja lokalu. Wtedy nie byłoby wątpliwości, kiedy trzeba skończyć, a kiedy zupełnie nie wypady się zbierać, bo jest zdecydowanie za wcześnie.
Bo moja wczorajsza impreza, myślałem że potrwa 2... góra trzy godziny. Bo ile może potrwać uroczysty, komunijny obiad. Tymczasem wyszliśmy to... prawie pięciu!

sobota, 13 września 2014

Pójdźcie o dziatki, pójdźcie wszystkie razem...

Dziś krótko i na temat życia. Drugi wpis podpowiadający "jak żyć?".


Ile powinno się mieć dzieci?

Moim zdaniem, dokładnie dwoje. 


Taka jest ilość optymalna i taka byłaby moja rada gdybym był plemiennym szamanem, czy też moralnym autorytetem.
Pytanie tylko, skąd ta liczba? Dlaczego właśnie dwoje, a nie troje czy czworo?
Ano bo...

1. Bo jeśli każde małżeństwo pozostawiałoby po sobie dwoje potomstwa, to ludność Ziemi pozostawałaby na tym samym poziomie. Inaczej albo by rosła, doprowadzając do przeludnienia, albo malała, generując problemy demograficzne.

2. Bo byłaby większa szansa na to aby każde z dzieci czuło się "równie kochane" - jedno by kochała matka (byłoby jej oczkiem w głowie), drugie ojciec. Może to tu pewne uproszczenie i generalizacja, ale takie są moje obserwacje. Bo nie wierzę iż w rodzinie z pięciorgiem dzieci, każde z ich czuje się równie kochane. Być może się mylę, ale jeśli nie... to jest to bardzo bolesne dla tego "mniej kochanego".

3. Bo wychowanie każdego dziecka to ogromny wysiłek intelektualny i finansowy, wiec na wielodzietne rodziny powinni sobie pozwalać tylko tzw. zamożni rodzicie.

Sądzę, że te trzy powody to aż nadto, dla takiego podejścia do tego tematu.
Może da to Wam do myślenia!
I w stosownej chwili pomyślicie np. o prezerwatywie ;-)


czwartek, 11 września 2014

To co najważniejsze - real LOVE

Dziś coś naprawdę ważnego. Ba, najważniejszego w życiu, moim skromnym zdaniem.
Wpis ten też rozpoczyna dział "jak żyć"? Bo to też można zoptymalizować, czytaj poprawić.

A więc... jak żyć?
Już odpowiadam: "prosto, uczciwie, z miłością i pasją."
I myślę, że tak właśnie powinien odpowiedzieć pan Premier zapytany kiedyś o to przez pewnego plantatora papryki.


Od zawsze wiedziałem, że miłość, to znaczy prawdziwa miłość, jest w życiu najważniejsza.
Było to dla mnie jasne jak słońce od chwili kiedy przeczytałem Mistrza i Małgorzatę Bułhakowa.
Zawsze też stosowałem się do tej zasady. Dlatego "moje dziewczyny", czy też inaczej mówiąc "zakochania" można policzyć na palcach jednej ręki. 
Czy było warto? 
Było! Oj było!!! 
Bo nie liczy się ilość ale jakość! Czyż nie lepiej mieć jednego Bentley'a czy dwadzieścia polonezów?
Odpowiedź jest chyba oczywista.


Pytanie tylko, jak ją znaleźć. To proste, trzeba szukać. I nie angażować się w związki, które z prawdziwą miłością nie mają nic wspólnego.

Dlatego jeśli nie macie aktualnie real LOVE, to szukajcie. Wszędzie! A jeśli już ją znajdziecie, będziecie wiedzieć, że to Ona. Nikt ani nic nie będzie musiało tego udowadniać. Będziecie to czuć w każdej komórce Waszego organizmu.

POWODZENIA!!!
Trzymam za Was kciuki.









środa, 10 września 2014

Ślimakom i "tchórzom" ulicznym stanowcze NIE!

Dziś dwie szybkie rzeczy, które są częścią większej całości - usprawnień ruchu pojazdów w mieście.
Kiedyś na pewno poświęcę na tę kwestę znacznie więcej miejsca.

1.Ruszając ze skrzyżowania po zmianie świateł, róbmy to najszybciej, jak to tylko możliwe.
Tu start z "piskiem opon" jest jak najbardziej wskazany i rozpędzenie się 50-60 km/h też!
Wielokrotnie widzi się (sam doświadczam stale takich przypadków), że pojazd rozpędza się do 20-30 km/h a potem w tym właśnie tępię przejeżdża skrzyżowanie.
Gdyby dał zaś czadu, kilka następnych aut też by się zmieściło na tej samej zmianie świateł!
I błagam... "nie śpijcie" za kółkiem! Bo ostatnio zacząłem liczyć po ilu sekundach po zmianie świateł, pierwszy samochód wjeżdża na skrzyżowanie, i dotychczasowy rekordzista zrobił to po... 8 sekundach. Toć to wieczność!!!

2. Jeśli włączacie się z bocznej ulicy lub innego wyjazdu do ruchu skręcając w lewo (czyli jeśli myszą Was przepuścić dwie kolumny jadących pojazdów), to jeśli na pierwszym pasie ktoś Was wpuści, to nie czekajcie aż drugi pas ruchy zrobi to samo, tylko wjedźcie na jezdnie!
A dlaczego?
- Bo to bardziej mobilizuje kierowców na drugiej jezdni do wpuszczenia takiego włączającego się do ruchu delikwenta.
- Bo to jednoznacznie ustala sytuację na pierwszej jedni (nie ma niebezpieczeństwa że dojdzie do kolizji, jeśli kierowcy będą niezdecydowani).


I jeszcze dwie małe sprawy:
A. Nie przekraczajcie w mieście, zwłaszcza tam, gdzie jest to zabronione ograniczeniami, szybkości 60-70 km/h, bo to, jak pędzicie jak wariaci, znacznie utrudnia innym włączanie się do ruchu.
B. Róbcie kilkunasto- czy kilkudziesięciometrowe przeryw w kolumnach pojazdów, tak aby można było innym włączyć się do ruchy.
Bo ruch jest coraz większy i czasami wiele minut trzeba czekać, aby znalazło się "kilka wolnych metrów", aby wskoczyć w nie swoim pojazdem.
Jakieś 20 lat temu zauważyłem że tak właśnie robią Włosi! Przynajmniej tak robili ci, których wtedy spotkałem na swej drodze.

SupeRMen w SupeRMarkecie

Witajcie po urlopach i wakacyjnych wojażach!
Melduję się w nowym sezonie blogowania (który nominalnie rozpoczyna się dla mnie od 1. października) i deklaruję, że będę tu częściej zaglądał. Wszak tyle mam jeszcze Wam do powiedzenia.

Dziś przedstawiam proste usprawnienie pracy marketów wszelkiego rodzaju, choć największe korzyści będą chyba w tak zwanych spożywczakach.
Może kiedyś pokuszę się o dłuższy wpis, bo sporo mam na temat usprawnień w marketach do powiedzenia, ale dziś ograniczam się do jednego tylko szczegółu.
Otóż...
układając towary na taśmie kasowej, róbmy to tak, aby pani kasjerka czy kasjer musieli w jak najmniejszym stopniu przekręcać towary do skanowania kodu towaru (tzw. nabijaniu ceny)!
Bo postawcie się w ich sytuacji. Czy wolelibyście "przerzucić" waszymi rękoma tonę cukru i wód mineralnych na zmianę czy tylko... 400 kG? A zapewniam że oni są jeszcze bardziej obciążeni fizycznie.
Pomyślcie o tym, proszę!

A mając powyższe na uwadze, nasuwa się oczywisty wniosek, że skaner kody paskowego powinien być na dole, a nie z boku lady kasowej. I że tylko powinien być jeden. A wiedza o tym, gdzie się znajduje, a także jak kłaść towary na taśmie, aby ulżyć w pracy kasjerkom, powinny się znaleźć w firmowej gazetce, na informacyjnych plakatach i sklepowej rozgłośni.

Gdyby tak było, to i przy kasie spędzałoby się mniej czasu. 
Zwłaszcza gdyby ludzie od razu pakowali kupowane towary, nie czekając na uregulowanie należności. Bo nagminnie spotykam takie zakupowe "antytalenty".



A na dobranoc, śmieszna fotka. Żeby nie było tak sztywno ;-)


czwartek, 7 sierpnia 2014

Śmierć frajerom czyli mądry Polak po szkodzie


Ale ty Wąski, głupi jesteś…”, mógłbym powiedzieć o sobie. I byłaby to święta prawda!
Marzy mi się globalna optymalizacja - optymalne postępowanie w prawie wszystkich sprawach i sytuacjach, a tu… dałem ciała koncertowo. Wstyd jak beret.

Zgubiłem wczoraj mojego nowego pendrive’a. Był to efektowny i szybki 32-gigabajtowiec, ze złączem USB 3.0. Zapłaciłem za niego prawie sto złotych. Jednak nie wydana kasa jest dla mnie najbardziej bolesna.  Utraciłem też kilka ważnych katalogów (i setki plików!), no i najważniejsze -  ostatnią wersję mojej powieści Źródło w trakcie tworzenia. 


A wystarczyło użyć procedury workday backup.


Oto ona.
Udostępniam ją wszystkim chętnym, którzy nie chcą mieć takiej przykrej niespodzianki, jak ja.
Aha… procedura dotyczy backupu na dysku twardym komputera lub pendrive’a w systemach Windows (nie wiem czy działa też w ich historycznych wersjach ale ufam że właśnie tak będzie), gdyż dla tych mediów ją sprawdziłem.
Tylko proszę się nie przerażać tym poniższym algorytmem. Będzie on bardzo prosty, nawet dla komputerowego laika i zajmie najwyżej 2-3 minuty. Za to korzyści... będą ogromne.

1. Skopiuj na dysk twardy plik „vivat-przezorni.ZIP” - http://mlynarczyk.biz/assets/vivat-przezorni.zip i rozpakuj w dowolnym miejscu.

2. Jeśli nie używasz pendrive’a , choć gorąco zachęcam, tak samo jak do stosowna programów w wersji portable (czyli bez instalowana w systemie), możesz od razu przejść do punktu 4.

3. Skopiuj na swojego pendrive’a pliki „read_it!-czytaj_to!-read_it!.TXT" oraz „index.HTM” , po czym w dowolnym edytorze tekstu dokonaj ich przystosowania do swojej osoby. Mam tu na myśli zastąpienie moich danych, swoimi własnymi – imię nazwisko, adres mailowy, nr telefonu.

4. Przekopiuj plik „2c.BAT” w dowolne miejsce komputera, np. na pendrive’a, którego używasz.

5. Otwórz ten plik BAT do edycji oraz dokonaj w nim poniżej opisanych zmian.
(Uwaga: lokalizacja źródłowa to katalog, gdzie trzymasz ważne pliki lub te, nad którymi aktualnie pracujesz -tzn. te które mają być bezpieczne! Lokalizacja docelowa to miejsce, gdzie będziesz przechowywał/-ała swoje pliki jako backup workday)

- w miejscu „G:\workday” wstaw lokalizację źródłową swoich plików do ochrony. Może to być dowolny katalog – na przykład:
C:\moje dokumenty\doce” czy
F:\to_wszystko_co_chce_zachowac\08-2014

- w miejscu: C:\workday_EWY\ wstaw swoją lokalizację docelową (uwaga jak wyżej).

 Ważne:


  • Upewnij się czy masz prawidłowe napędy dysków w swoich lokalizacjach!
  • Nie używaj w lokalizacjach lub nazwach plików polskich znaków diakrytycznych!
  • Jeśli nie zależy ci na własnej nazwie lokalizacji docelowej, nie musisz nic zmieniać. Ten sprytny "programik" BAT założy właściwy katalog na dysku C (prawie każdy ten dysk ma!) za ciebie - "workday_EWY". Uważam że jak dla pięknych Pań, to nazwa jest w sam raz ;-)
  • Każdą z przytoczonych zmian, żeby było cacy, trzeba to zrobić w dwóch miejscach!


6. Utwórz na pulpicie (albo w innym logicznym i łatwo dostępnym miejscu) skrót do pliku "2c.BAT" (nazwa pliku jest oczywiście przykładowa i może być zupełnie inna – wg twojego uznania. Ja użyłem takiej, gdyż dobrze kojarzyła się z przeznaczeniem – „na dysk C”)

7. /A dla bardziej zaawansowanych/
Utwórz harmonogram  zadania dla Windows, który np. co pół godziny będzie uruchamiał twój plik BAT. Jeśli plików do kopiowanie nie będzie dużo, np. kilkanaście, i nie będą one „ciężkie”, procedura będzie praktycznie natychmiastowe.

To w zasadzie wszystko. Jeśli doszedłeś do punktu 7. to wszystko będzie się dziać automatycznie. Jeśli tylko do 6., to będziesz musiał klikać na utworzony skrót żeby uruchomić właściwą procedurę archiwizacji. Ale chyba to o wiele prostsze niż robić to ręcznie.

I na koniec coś miłego dla oka ;-)
Kiedyś znalazłem taki oto przykuwający uwagę obrazek. Nie wiem jak u was, ale ja jak dłużej popatrzę, to mogę przestawiać umysł tak, aby postrzegał że pani raz kreci się w lewo, a raz w prawo.
Jeśli ktoś miałby problemy z taką "interpretacją", to polecam wpatrywać się w punkt stykających się co chwila obracających się stopy i jej cienia. Wtedy, po chwili, całość się "przestawia" na obrót w drugą stronę.

Poniżej też zawartość plików, żeby było czarno na białym, gdyby link do mojej strony nie działał.

Plik 2c.BAT (w oryginalnej postaci, choć można by pominąć linie, w których nic się nie dzieje):
ECHO OFF
IF EXIST C:\workday_EWY\ GOTO NEXTEXIST
md c:workday_EWY
:NEXTEXIST
ECHO ---
IF EXIST G:\workday xcopy G:\workday C:\workday_EWY\ /E /Y /K /H /G /Q /C
ECHO ---
ECHO --- PROCEDURA ZAKONCZONA / PROCEDURE COMPLETED 
ECHO --- wcisnij teraz dowolny klawisz / press any key
ECHO ---
pause


Plik z tekstem "Q znalezieniu pendrive'a" (być może jak ktoś znajdzie, to przeczyta):
PL:
Ten nosnik pamieci jest moja wlasnoscia.
Jesli zostal zgubiony, prosze o kontakt.
Uczciwemu znalazcy oferuje nagrode; mniej uczciwemu... wykup po atrakcyjnej cenie.
Cena do negocjacji! ;-)

GB: 
This pendrive belongs to me.
If was lose itself, please contact me.
For honest finder I offer an reward; for "bad guys"... buyout at attractive price.
Let's negotiate the price! ;-)

Robert Mlynarczyk
robert.mlynarczyk@??????.pl
+48 695-???-???

wtorek, 5 sierpnia 2014

Zdjęciom pośmiertnym stanowcze NIE!!!

Dziś oczywista oczywistość, jak to mawia pan Prezes, czyli... kilka zdań o facjatach.
Pomysł na tę uwagę optymalizacyjną przyszedł do mnie prawie dokładnie 4 lata temu, kiedy trafiły w moje łapska ulotki z poprzedniej wyborczej kampanii  samorządowej.

Jejku... co to były za "blade" twarze, co na mnie spozierały znad tych górnolotnych haseł? Niektóre wyglądały naprawdę strasznie! Jak... nie lękając się powiedzieć, zdjęcia pośmiertne.
Uwieczniłem ich w swoim smartfonie, ale nie będę ich publikował, żeby nie robić przykrości tym nieszczęśnikom, tudzież nie narażać się na procesy z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych.

Zatem... do wszystkich, którzy szastają swoim wizerunkiem.

1. Jeśli stać cię na ulotki za kilkaset złotych lub więcej, to powinno cię też stać na "profesjonalnego"  fotografa, który cyknie fotki zawodowo!
Słowo "profesjonalnego" specjalnie zostało ujęte w cudzysłów, żeby podkreślić iż nie musi to być fotograf, który z tego żyje, bo taki to weźmie za sesję pewnie minimum 5 stów. Wystarczy, że ktoś będzie miał pojęcie o fotografii, a na pewno będzie miał lepszy sprzęt niż najprostszą idiotkamerę czy telefon komórkowy (niektóre wspomniane wcześniej zdjęcia wyglądały właśnie tak, jakby takim sprzętem je zrobiono!)

2. Jeśli nie stać cię na jw., zrób sobie kilkanaście lub kilkadziesiąt zdjęć (najlepiej w różnych warunkach, różnym sprzętem i przez różne osoby!) i wybierz najlepszą fotę.

3. Staraj się podczas fotografowania mieć miły wyraz twarzy. Uśmiechnij się, po prostu. Jeśli masz z tym trudność to zwizualizuj sobie, że wygrywasz szóstkę w totka lub przypomnij sobie jak spoglądałeś/-aś na swoją pierwszą sympatię. To powinno pomóc.

Aha... oczywiście moje spostrzeżenia nie tyczą się tylko zdjęć na potrzeb kampanii wyborczej. Ale także tych umieszczanych w necie czy np. na wizytówkach. Wszędzie bądźmy ładni!!!


Myślę, że nie najgorszą ilustracją powyższego jest zdjęcie z mojej "sesji" ;-)


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ostre cięcie czyli jak ulżyć naszym maluszkom

Dziś coś, co było dla mnie oczywistością w czasie moich studiów na Polibudzie. Otóż, żeby nie nosić nie wiadomo ile zeszytów czy notatników, tudzież opasłych książek (bo część była moja własna, gdyż lubowałem się w ich kupowaniu), używałem segregatora oraz żyletki aby ułatwić sobie życie.
To pierwsze powodowało, że zamiast np. pięciu zeszytów, brałem jeden segregator (i to najczęściej z różnokolorowymi stronami), żyletka zaś pozwalała podzielić gruby tom na kilka mniejszych części, zazwyczaj pewnymi zamkniętymi działami lub tematami - pierwszy raz to zastosowałem do ćwiczeń z wytrzymałości materiałów, które były prawdziwą cegłą.

I to jest sposób, jak można sprawić by dzieci nie dźwigały plecaków ważących po kilkanaście kilogramów!!
Drodzy rodzice: Używajcie segregatorów zamiast zwyczajnych zeszytów!
Drodzy wydawcy: a czemu się nie pokusicie o takie właśnie, podzielone (na rozdziały czy bloki tematyczne) wydania podręczników?

Być może byłoby to o kilka czy kilkanaście procent droższe, ale za to kręgosłupy naszych mikołajków czułyby się o wiele lepiej.

Pomyślcie o tym, proszę! 
A wszystkich rodziców zachęcam do lobbingu w tym temacie. Bo przecież indywidualne szafki w szkołach nie rozwiązują tego problemu (o ile nawet są). Bo przecież trzeba wpierw książki i zaszyty do szkoły zatachać.

sobota, 26 lipca 2014

Pechowy kolejkowicz czyli ja to kuźwa nie mam farta

I znów przypadek prosto z życia, prowadzący do wniosku, że można by to było zrobić lepiej.

Otóż wracałem wczoraj wieczorkiem do domku i zahaczyłem o jeden ze "spożywczaków", który akurat należy do jednej z większych sieciówek. Pora była już późna więc ludzi było mało, i jako jedyny podszedłem od jednej z trzech samoobsługowych kas. Jednakże po zeskanowaniu kodu z pierwszego produktu zgasło na moment światło i... system kas oczywiście się restartował. No i zaczął się podnosić. Zapytałem więc panią z obsługi ile to może potrwać, na co usłyszałem, że do 15 minut. "Pięknie" - pomyślałem, bo wśród zakupów miałem też lody, które pewnie nie będą lubiły tyle czekać. Tak więc uzbrojony w anielską cierpliwość patrzyłem z wyczekiwaniem, co dzieje się na monitorze systemu kasowego.
W tak zwanym międzyczasie ustawiła się za mną kolejka, przy czym nikt nie podchodził do konkretnej kasy, tylko czekał, aż systemy się uruchomią.

I tak po mniej więcej 6-7 minutach oczekiwania przy kasie (wiem, bo kontrolowałem to na moim zielonym Candino), usłyszałem" ZAPRASZAM DO KASY!". No i oczywiście ludzika poszły ustawić się do ręcznie obsługiwanej kasy, która pewnie wystartowała jako pierwsza w tym markecie. No i ja, będą do kasy pierwszym, okazałem się nagle ostatnim. Bo oczywiście nikt ze stojących za mną, nie zaproponował mi przepuszczenia, co ja zrobiłbym bez wahania. Czy to aby było sprawiedliwe? Śmiem wątpić!!!
A wystarczyło, aby nie pozostawiać działania ludziom z kolejki, pani uruchamiająca kasę powiedziała: "ZAPRASZAM DO MNIE, ALE W KOLEJNOŚCI W  JAKIEJ PAŃSTWO STOJĄ DO KAS SAMOOBSŁUGOWYCH!". I wszystko byłoby super. Czyż nie?

Moja ulubiona pani redaktor Eliza Michalik (polecam przy tym piątkową Gilotynę na Superstacji, bo jest to jedyny program, na który czekam przez cały tydzień!), lansuje ostatnio ideę, aby ludzie takie uchwalali i stosowali prawo, aby uwzględniać interesy mniejszości. Czyli innymi słowy, żeby działać tak, jakbyśmy chcieli aby inni zachowywali się w stosunku do nas. Nic dodać nic ująć!!! Tylko czy to jest aby możliwe w tym szalonym i egoistycznym świecie???

piątek, 25 lipca 2014

Kłamstewko czyli optymalne załatwienie sprawy i wnioski jakie z tego wynikają

Najpierw samo życie. A było to tak...

Od lat ubezpieczam mieszkanie w jednym z towarzystw. Ostatnie dwa lata moim agentem był pan S., który miał tę zaletę, że był "po drodze". Tak więc chodziłem do niego, z czego obie strony były zadowolone.
Ale niestety... pan S. się gdzieś zapodział, czyli jego punkt się zamknął i jak mi się wydało zostałem zmuszony do poszukania sobie innego agenta. I tak też się stało. Dwa tygodnie przed terminem wygaśnięcia mojej polisy, podpisałem nową, u bardzo miłej i ładnej pani.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy dziś pan S. zadzwonił i powiedział: "... za tydzień kończy się panu polisa...".
I cóż mu odpowiedziałem, nie pozwalając nawet dokończyć zdania, które zapewne zakończyłby się propozycją umówienie się na spotkanie? Po 2-3 sekundowym namyśle powiedziałem ni miej ni więcej, że kupiłem już polisę w innym banku. Po czym  dość szybko rozmowa została zakończona.

A teraz wnioski z tego doświadczenia życiowego:

  • jeśli jesteś agentem ubezpieczeniowym, doradcą finansowym, etc. (czyli twoje zarobki zależą bezpośrednio od tego jak bardzo się "postarasz"), kiedy zmienisz siedzibę czy miejsce gdzie pracujesz, poinformuje o tym klientów wcześniej niż w ostatniej chwili 
  • jeśli nie możesz nic już zmienić, to drobne kłamstwo, aby "nie psuć humoru rozmówcy", nie jest grzechem
  • chwila zastanowienia czy też błysk umysłu pozwalają znaleźć efektywne wyjście z nieprzyjemnej sytuacji 
  • nie wzbraniajmy się przed kłamstwem jeśli nie przyniesie ono inne osobie żadnego uszczerbku. Ta uwaga tyczy się głównie dość natrętnych różnego rodzaju naganiaczy telefonicznych. Sam wykonałem dziesiątki takich rozmów tracąc na to kupę cennego czasu (co jak dziś widzę było błędem!!!), tylko dlatego że z natury jestem uprzejmy i życzliwy. Ale po tym wpisie, jeśli jeszcze raz zadzwoni do mnie pani z jednej z sieci komórkowych z superofertą (a przyznam szczerze, że rzeczywiście oferta była dobra, tylko że nie dla mnie), to powiem jej: "pani kochana. mam szyfrowany telefon satelitarny i na pewno nie będę używał waszego gówna!" ;-)
No to tyle na dziś. Trzymajcie się, miłego weekendu!

I fajna fota, żeby nie było tak sztywno

piątek, 30 maja 2014

Reklamy - początek

Cześć!
Dziś przedłikendowo czyli coś lekkiego na koniec tygodnia - fajna reklama.

Ale nim ciekawe... "kreatywne" foto szybki info, które ma usprawnić mojego bloga. Otóż wprowadziłem do wszystkich moich postów etykiety mówiąca o ważności moich wpisów. To taki przejaw optymalizacji zarządzani treścią w kontekście tego ile macie czasu na czytanie moich wypocin, przy założeniu że blog będzie się rozrastał i rozrastał, zajmując za milion lat prawie wszystkie amerykańskie serwery Googl'a ;-)
A więc tak:
#1! - to posty najważniejsze. Jeśli macie mało czasu, powinniście przeczytać tylko je.
#2  - to posty ważne, takie które warto przeczytać, bo mają istotne z mojego punktu widzenia, znacznie
#3  - materiały pomocnicze; jak ktoś chce to może tam zajrzeć.

No a teraz wspomniana na początku reklama. Oto ona:

Można z tej reklamy przeczytać: "Lepiej eKONTO za 0 zł". Tylko po co reklamować oczywistość?!? ;-)
Muszę przyznać że uważam tę reklamę za bardzo zabawną. Pewnie powstała dzięki temu, że panowie co ją przyklejali byli po kilku głębszych. W każdym bądź razie powstało coś bardzo kreatywnego - "przypadkowe" połączenie dwóch różnych reklam. Tylko czy oboje ich właściciele byli z tego zadowoleni? Chyba wątpię.


I jeszcze jedna reklama, tym razem do przemyśleń.


Udanego weekendu życzę!

czwartek, 29 maja 2014

Zasada minimum energii/najlepszego upakowania - rozwinięcie

Czas na powrót do tematu z 19.maja pt. "Zasada minimum energii lub też najlepszego upakowania". Skoro nie wszyscy go zrozumieli, to muszę rozwinąć ten temat. Czyli... kawa na ławę.

Najpierw fotki, które można by nazwać wspólnie "ławka na NIE".

Co najmniej jest jeszcze jedno miejsce dla kolejnej osoby, ale trzeb się "wpraszać". 
Hurra!!! - cała ławka moja

Na pewno nie byłoby ujmą dla tego pana gdyby trzymał torbę na swoich kolanach

Młody człowiek z plecakiem zajął 4 siedzące miejsca!!! Co z tego, że inny pustych jest jeszcze sporo. Te cztery obok siebie były tylko jedne!!!



A teraz dobry przykład kompletne, moim zdaniem bezmyślności
 Ten pierwszy skuterek skutecznie blokuje przejście. Mi było ciężko go ominąć, a co dopiero staruszce z laską czy matce z wózkiem. Kompletna bezmyślność!
A tu proszę jak ładnie! I wilk syty i owca cała ;-)


To tyle na dziś. Temat śmieci i pulpitu na kompie wymagają szerszego omówienia, bo optymalnie z nimi postąpić nie jest tak łatwo.

GENERALNIE Z DZISIEJSZEGO WPIS CHCIAŁBYM ŻEBYŚCIE WYNIEŚLI DWIE ZASADY:
1. ZUŻYWAJMY/ZAJMUJMY MINIMUM TEGO, CO JEST NAM POTRZEBNE
2. MYŚLMY TROCHĘ O INNYCH, TAK ŻEBY NIE MUSIELI NAS PROSIĆ O KAŻDĄ DROBNOSTKĘ, NP: "CZY MÓGŁBY SIĘ PAN/PANI POSUNĄĆ". 
POWINNIŚMY SAMI TAK SIADAĆ, ŻEBY ZACHĘCAĆ INNYCH DO ZAJMOWANIA MIEJSC KOŁO NAS.


środa, 28 maja 2014

Konkurs

Hej!

Postanowiłem się dziś z Wami zabawić - nie ma co ciągle nawijać o jakichś pierdołach. Otóż znalazłem takie oto zdjęcie i zupełnie nie wiem co ono może przestawić.  A więc zgadujcie, a nagroda Was nie minie! ;-) Zakładam, że jak podpowiedź będzie dobra, to sobie przypomnę (skojarzę), co to może być. Ten, kto mi w tym pomoże zostanie zwycięzcą.

Swoje propozycje przesyłajcie na adres mailto:club.optymalizacji@o2.pl








piątek, 23 maja 2014

Sprytny PIN

Coś mi się jeszcze przypomniało odnośnie wczorajszego tematu, czyli bezpiecznych haseł. Chodzi mianowicie o bezpieczny PIN, bo w wielu systemach można go samodzielnie nadać.
Jaki więc układ cyfr wybrać?

Propozycję mam dwie:

1. Wybierz PIN z czymś ci się kojarzący. Niech to będzie jakaś ważna data (ale nie dzień urodzin twoich lub twoich najbliższych, bo to dość łatwo jest "namierzyć") albo łatwy do zapamiętania ciąg cyfr.
W tym pierwszym przypadku może być np. dzień urodzin twojej pierwszej sympatii (być może jeszcze to pamiętasz), imieniny twojej ulubionej ciotki, lub też dzień otrzymania dyplomu wyższej uczelni. Ważne jest abyś go mógł łatwo skojarzyć i ewentualnie odszukać. W drugim przypadku (łatwego do zapamiętania ciągu cyfr) może to być np. "2486", "8523" lub "7895". I tu też ważna jest zasada, jak do niego dojść. Pomocne przy powyższych będzie przypomnienie sobie, jak wygląda klawiatura numeryczne twojego komputera, bo na tej bazie je przed chwilą wymyśliłem - wystarczy zapamiętać "wzór" na klawiaturze.

2. Wybierz PIN zupełnie przypadkowy, ale gdzieś go zapisz, np. rewersie karty do bankomatu. Jest jednak jeden ważny myk. ZAPISZ GO W POSTACI ZASZYFROWANEJ! Sposobów jest tu mnóstwo, podaję kilka przykładów dla PINu "4697":
- zamiana pierwszej cyfry z ostatnią -> czyli zapis na karcie to: "7694"
- zmniejszenie dwóch ostatnich cyfr o 1 -> czyli zapis na karcie to: "4686"
- dodanie do wszystkich cyfr jedynki  -> czyli zapis na karcie to: "5708"
Ilość takich "kombinacji" jest bardzo duża. Moja jest oczywiście bardziej skomplikowana, niż te powyżej ;-)

Tak więc jak widzicie, wcale nie uważam że ludzie zapisujący sobie PIN to idioci. Może dlatego że sam tak robię ;-) Warunkiem jest jednak to, że musi on być w postaci zaszyfrowanej. Jeśli zaś chodzi o karty bankomatowe, to stosuję jeszcze jedno zabezpieczenie. Otóż, PIN wydrapuję (scyzorykiem, igłą lub cyrklem) na karcie, a nie zapisuję długopisem czy markerem. Wtedy jest on widoczny jedynie "pod światło". Jest to dodatkowa trudność, którą musiałby pokonać ewentualny złodziej karty.

środa, 21 maja 2014

Najtrudniejsze hasło na świecie

Dziś kilka zdań o hasłach. Jak zrobić by były one proste do zapamiętania, a jednocześnie skuteczne?
Problem nie jest banalny ale postaram się coś doradzić.

Nie będę się rozpisywał jak dobre hasło jest ważne, gdyż to oczywista oczywistość. Przejdę od razu do tego, jakich haseł ja używam.
Otóż stosuję zasadę 3 rodzajów haseł:
1. łatwe (słabe)
2. średnio trudne
3. bardzo trudne

Hasło łatwe używam głownie do szyfrowania plików DOC, które mają charakter utajniony - nie chcę żeby były dostępne dla każdego.
W takich plikach nie ma danych ważnych , np. loginów i haseł do moich kont bankowości elektronicznej, czy też numerów kart kredytowych. Są tam rzeczy raczej mało ważne, np. moja twórczość pisarska ;-)
Ponieważ doświadczenie mnie nauczyło że hasło słabe powinno być tylko jedno, taką zasadę właśnie stosuje. Czyli mam jedno słowo, które nim jest. Powinno to był proste słowo lub łatwy do zapamiętania lub zapisania ciąg znaków, czyli np:
"mama"
"kapo"
"123421"
"mkolp"

Każdy może znaleźć sobie jakieś fajne "słowo" albo ciąg, który się łatwo pisze na klawiaturze.

Hasła średnio trudne są już bardziej skomplikowane - trudniej je zapamiętać, a używam ich do kont pocztowych, serwisów społecznościowych oraz, choć przy niewielkiej modyfikacji (o tym myku na końcu), do bankowości elektronicznej.
Jest ich przy tym kilka i składają się z części stałej oraz zmiennej zależnej od "sytuacji".
Dobrym przykładem stworzenia takiego dobrego, średnio trudnego hasła jest połączenie jakiegoś ulubionego słowa z datą lub choćby rokiem. Np. urodzenia dziecka czy pierwszego samodzielnego wyjazdu na wakacje czyli tego, czego się zazwyczaj nie zapomina.
Jeśli zaś chodzi o słowo to powinno ono być również szczególne, choć możliwe nietypowe. Myślę, że dobrymi przykładami niech będą tu takie hasła jak:
"zazury2002"
"mruczek2012"
"sernik22021967"
"robmly@wp.pl"

Hasło bardzo trudne mam tylko jedno i używam go tylko w jednym celu. Do zabezpieczenia mojego osobistego archiwum "tajnych rzeczy", przy pomocy programy TrueCrypt - vide instrukcja użytkowania.

Hasło jakie tam stosuję jest złączeniem ważnego dla mnie słowa, bardzo istotnej dla mnie daty oraz tytułem mojej ulubionej książki.
Jest też jeden dodatkowy mały myk, który ufam, że nie dopuściłby do moich osobistych treści wszystkich ciekawskich, którzy osobiście bardzo dobrze mnie znają (mogliby znać odpowiedzi na te "zagadki"). Otóż, niektóre z liter tego hasła zapisane są wielkimi literami! Czyli na przykład mogłoby to wyglądać tak:
"MazuRY+2002+BialyKiEL".

Myślę, że stosując powyższe zasady, jestem w miarę bezpieczny ;-)
I Wam też tego życzę!

poniedziałek, 19 maja 2014

Zasada minimum energii lub też najlepszego upakowania

Do szkoły chodziłem już ładnych parę lat temu, ale zapamiętałem tzw. zasadę minimum energii.
Mówi on to, że przyroda dba o to żeby jej elementy znajdowały się w stanie minimum energii. Dobrym przykładem są tu przebiegłe elektrony, które "spadają" na swoje najniższe orbity (wypromieniowując przy okazji kwanty energii) czy też żelazna kulka staczająca się ze zbocza, aby posiąść minimum energii potencjalnej.
Mam nadzieję że czujecie intuicyjnie o co chodzi.

A co to ma wspólnego z optymalizacją? Ono ma.
Popatrzcie na poniższe fotki i wyciągnijcie swoje wnioski.














Zaczarowany ołówek czyli wielokrotny kupon lotto

Witam, w ten piękny wtorkowy poranek!

Dotarły do mnie zarzuty, że zajmuję się na swoim blogu pierdołami. Że zamiast pisać o rzeczach istotnych, zwracam uwagę na "drobiazgi" czyli np. zajmuję się zawijaniem masła. Hm...

Drodzy Państwo... I o to chodzi!
Trzeba usprawniać wszystkie elementy, bo na prawie wszystkie rzeczy można zwracać uwagę i czynić je lepszymi. Rzeczywiście, sposób pakowania masła to nie to samo co problem głodu na świecie, ale czy przez to nie jest on wart uwagi? Czy też... chwili zastanowienia?


Dziś drobiazg, ale gdyby go "zastosować" można by zaoszczędzić tony papieru, jak przypuszczam.

Otóż wielokrotnie widziałem, bo jest to swego rodzaju standard, w punktach Lotto wyłożone są ołówki do zaznaczania swoich wytypowanych numerków. Niby fajnie, ale można by to zrobić lepiej.
Otóż, ołówki powinny mieć gumki!!! Dzięki czemu można by użyć kilkakrotnie tych samych kuponów. Bo czasem trzeba coś korygować - choćby ilość losowań, na które wysyłany jest kupon, a nie tylko zaznaczać błędne zakłady.
W skali całego systemu... mogłyby to być spore oszczędności. Tylko skąd wziąć take "fajne" ołówki? Może od Chińczyków? ;-)



Już niedługo zaprezentuje "mój system gry w lotto". Zapraszam bo będzie to coś ciekawego, moim skromnym zdaniem. Ale o tym sza! Jeszcze nie czas ;-)

czwartek, 15 maja 2014

"W ilu ruchach?" - czyli masłowa zagadka

Dziś czas na zagadkę masłową, bo tak ją nazwałem.

Ale najpierw krótki wstęp, czyli zagadka sprzed ponad 30 lat! ;-)

W ilu ruchach można zamknąć słonia w lodówce?
Pomyślcie proszę przez sekundę. Niech pomogą w tym Wam fotki masełek, co je sporządziłem nie bez pewnego wysiłki. O tych masełkach na koniec.









A więc: "w ilu ruchach można zamknąć słonia w lodówce?"
Odpowiadam: w trzech
1. Trzeba otworzyć lodówkę
2. Wsadzić słonia
3. Zamknąć lodówkę
Odpowiedzieliście poprawnie, gagatki? ;-)

Jest też dalsza część tej zagadki.
"A w ilu ruchach można zamknąć żyrafę w lodówce?"
I znów daję Wam "fotkę" żebyście nie przeczytali od razu odpowiedzi.



W ilu więc ruchach można zamknąć żyrafę w lodówce?
W czterech!
1. Otworzyć lodówkę
2. Wyjąć słonia
3. Włożyć żyrafę
4. Zamknąć lodówkę
;-)
Zgadliście?
Szczerze mówiąc ja, kiedy to rozwiązywałem, to udało mi się udzielić poprawnej odpowiedzi, ale wpadłem na to w ostatniej chwili. Chwilę przed tym, jak miałem powiedzieć "trzy". Czyli była to eureka ;-)

Ale wracajmy do masła, bo to o wiele ważniejszy "problem".
Pytanie więc brzmi: "w ilu ruchach można odpakować (odwinąć) 200g kostkę masła"?
Jak popatrzycie dobrze na załączone fotki, to dopatrzycie się że jedna z tych kostek odpakowała się o jeden ruch wcześniej, czyli w 6. ruchu. 
Można by powiedzieć że to mało. Ale jeśli się to ujmie w procentach to jest to 1/7 czyli 14,28%!
Czy teraz to też jest tak mało? Czy nie chcielibyście zarabiać o tyle więcej miesięcznie, albo żeby Wam zmniejszyli o ten procent czynsz za mieszkanie? Hę?

A co to wszystko ma wspólnego z optymalizacją. Ano ma.
Bo jeśli coś można odpakować w sześciu a nie siedmiu ruchach, to tak samo jest z pakowaniem.
A to już może się przełożyć na koszt maszyn czy ich ruchów, a także zużywanej do tego energii.
Jest tylko jedno pytanie, które mnie dręczy od czasu przyjścia mi do głowy tej "zagadki".
Czy maszyny do pakowania masła w sześciu ruchach nie muszą być bardziej skomplikowane od tych, co robią to w siedmiu. Bo jak nie, to... czapki z głów.

Może ktoś, jakiś sprytek lub poważny inżynier podzieli się ze mną wiedzą na ten temat i rozwieje moje wątpliwości. Bo może się mylę i nie jest to 14% zysku "mechanizmu i energii" tylko... znacznie mniej.
Chociaż każdy zysk, nawet ten 2-3 procentowy, jest warty by go zastosować.

Jeśli macie coś do powiedzenia na ten tema, piszcie proszę na nasz zwyczajowy mail - mailto:club.optymalizacji@o2.pl



środa, 14 maja 2014

Czajnik czyli słówko o energii elektrycznej i jej oszczędzaniu

Mój świętej pamięci ojciec miał więcej zalet niż wad, ale wad kilka też miał. Miał przynajmniej dwie.
Jedną z nich było "ciągłe gotowane wody".

Ponieważ był smakoszem czarnej kawy i pijał ją kilkakrotnie w ciągu dnia - i to jakie? prawdziwe szatany! - miał taką metodę, że co jakiś czas (myślę że co najmniej raz na 30-40 minut) gotował czajnik wody, żeby w nagłym przypadku (hm... a może był uzależniony i nie mógł poczekać tych kilkudziesięciu sekund dłużej? kurcze... o tym nie pomyślałem!) zrobić sobie szybko ulubioną małą czarną.
Wielokrotnie mu zwracałem na to uwagę, a także na to, że gotował zawsze pełen czajnik, ale moje "nauki" niestety nic a nic nie pomogły. Widocznie był uparty tak jak ja! ;-)



Jak więc należy postępować z tak prostą czynnością jak gotowanie wody na kawę czy herbatę?
Zasady są dwie. I obie bardzo proste!
1. Gotujemy zawsze tyle wody, ile będzie nam potrzebna! Proszę, nawet pół litra więcej!
2. Robimy to na chwilę przed zaparzeniem!

Jak widać nie ma w tym żadnej filozofii.

A co do oszczędzania energii elektrycznej, to jest z nią pewien problem. Ona niestety nie daje się magazynować. Tak więc nie do końca jest tak, że ją oszczędzamy wyłączając np. odbiornik TV żeby nie palił się w nim dioda czuwania. Oszczędzać za to możemy to, z czego energia powstaje (węgiel, gaz, uran...) oraz urządzenia, których używamy do jej wytworzenia. Możemy to robić, jak by to powiedzieć, pośrednio. Na zasadzie przestrzegania pewnych dobrych zachowań.
I to jest właściwa droga. Bo jeśli ludzie zużywali by miej energii elektrycznej, czyli "pociągnęli dalej" ideę godziny dla Ziemi, to za parę lat, można by ograniczyć moce generatorów prądu i zapasy źródeł energii.
Taki jest właśnie sens działań proekologicznych w tym temacie.

środa, 7 maja 2014

Pewne pytanie / A question

Oto pewna treść, która dotarła do mnie w postaci załącznika do e-maila kilka lat temu (chyba w 2008 lub 2009). Zawiera bardzo ważne moim zdaniem pytanie. A więc...

---cyt---

Wyobraź sobie że jesteś w podróży swoich marzeń, gdzieś na krańcach świata, gdzie zawsze chciałeś pojechać. Wyobraź sobie że spotykasz tam mędrca, który twierdzi, że zna odpowiedź na każde pytanie.
Kiedy z sarkazmem pytasz go czy może też podać ci numery jakie wyciągną w najbliższym losowaniu dużego lotka lub odpowiedzieć na pytanie, czy Bóg potrafi stworzyć tak ciężki kamień, że aż sam go nie zdoła podnieść, słyszysz w odpowiedzi:
- Tak. Znam odpowiedzi na wszystkie pytania jakie mógłbyś mi zadać.
Zaczynasz się więc zastanawiasz, co o tym wszystkim myśleć. I kiedy już udaje ci się zebrać myśli, słyszysz następującą propozycję:
- Wiedzę, że jesteś dobrym człowiekiem. Odpowiem więc na jedno twoje pytanie. Dobrze się jednak zastanów, o co chcesz spytać, bo poniesiesz wszelkie konsekwencje wiedzy, która w ten sposób zdobędziesz. Spotkasz mnie tu jeszcze pojutrze i za tydzień. Kiedy będziesz gotów, przyjdź i zadaj mi swoje pytanie.
Starzec po tym odwraca się i odchodzi, a ty zostajesz z największym problemem swojego życia.

Jakie pytanie mu zadasz?

Powodzenia!
-passenger

 PS.
Ja zastanawiałem się dłużej niż tydzień, znacznie dłużej. I Tobie też tak radzę. 
---cyt---


Jeśli ktoś chciałby się teraz podzielić swoim pytaniem ze mną, z zastrzeżeniem że mogę to upublicznić, bardzo proszę o kontakt. Proszę o maila na klubowy adres.
Szczerze mówiąc jestem bardzo ciekaw, co byście chcieli widzieć ;-)

sobota, 19 kwietnia 2014

Moi drodzy parafianie...

Dziś Wielka Sobota. W tym ważnym dla każdego chrześcijanina dniu, przedstawiam słowa, które uważam za ważne. Musiał je napisać bardzo mądry człowiek.
Pytanie tylko, co to ma wspólnego z optymalizacją. Ano ma! I to całkiem dużo.

Dla leniuchów, który nie lubią czytać lub mają problem ze zrozumieniem słowa czytanego... ->wersja audio


"Drodzy słuchacze słowa bożego.
Usłyszeliśmy w odczytanym fragmencie Ewangelii, że apostołowie byli zaniepokojeni rozwojem sytuacji. Nastał już wieczór, zgromadzony tłum był zmęczony i zgłodniały, z dala od swych domów, a Jezus nadal nauczał. Na sugestię, aby odprawić ludzi usłyszeli: "Nie potrzebują odchodzić, wy dajcie im jeść". Słowa Jezusa musiały zaskoczyć uczniów i wprawić w zakłopotanie. W jaki sposób mieli na pustyni zdobyć pożywienie dla pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci? 
Pan Jezus wiedział, że jego uczniowie nie byli w stanie sami wykarmić kilku tysięcy ludzi tylko pięcioma chlebami i dwiema rybami. Wiedział, że znajdowali się na pustyni, z dala od osad czy wsi, gdzie można by zakupić żywność. Zwracając się do uczniów: "Wy dajcie im jeść" chciał zapobiec wyborowi najwygodniejszego dla nich rozwiązania. Najprościej było rozesłać zgromadzonych i powiedzieć im żeby każdy zatroszczył się o siebie. Jeżeli uczniowie faktycznie martwili się o tych ludzi, to powinni zrobić dla nich coś więcej. 
Niektórzy ze słuchaczy Jezusa pokonali duże odległości, zrezygnowali z odpoczynku po ciężkim dniu pracy, być może z zajęć, od których zależało ich codzienne, ubogie życie. Poświęcili swój czas, zajęcia i słuchali go przez kilka godzin. Jeżeli można było coś dla nich zrobić, to koniecznie należało to uczynić. W słowach: "Wy dajcie im jeść" zawierała się informacja, żeby uczniowie zdobyli się na coś więcej. Jezus sprowadza swych uczniów z drogi minimalizmu szukania najprostszych rozwiązań i mówi im: "Zastanówcie się, co więcej można zrobić dla tych ludzi". Rozwiązanie leżało faktycznie w zasięgu ręki. Jezus dokonał cudu rozmnożenia pięciu chlebów i dwóch ryb. Wszyscy się nasycili i mogli spokojnie wrócić do swych domów. Ci, którzy przyszli słuchać Jezusa przekonali się jednocześnie, że szczerze mu na nich zależało - zatroszczył się także o ich potrzeby doczesne. Utwierdziło to ich wiarę w to czego nauczał. Powie ktoś: "No tak, Jezus nakarmił ludzi ponieważ dokonał cudu. Gdybym ja miał podobne zdolności także wykarmiłbym tłumy. Nie tylko rozwiązałbym problem głodu we własnym środowisku, lecz także w całym kraju. Ponadto w Afryce i w ogóle na świecie. Sprawiłbym również, że każdy miał darmowy dostęp do leków i dokonał jeszcze wielu wspaniałych rzeczy". Spełniłyby się wówczas słowa proroka Izajasza, odczytane w pierwszym czytaniu: "Nabywajcie bez pieniędzy i bez płacenia". 
Czy cud to jedyny sposób rozwiązania problemu głodu w Polsce i na świcie? Czy poza nim nie ma innych możliwości? Nie chodzi mi tu o organizacje międzynarodowe czy o rządy, na których spoczywa obowiązek troski o własnych obywateli. Zastanówmy się raczej, co każdy z nas może zrobić, aby złagodzić czy rozwiązać problem głodu. I w ogóle biedy we własnym środowisku, a także na świecie. Słowa Jezusa: "Wy dajcie im jeść" są stale aktualne. I zmuszają do wysiłku, poświęcenia się dla tej sprawy. Nie należy szukać łatwych rozwiązań na wzór apostołów i przerzucać odpowiedzialność wyłącznie na rządy i organizacje humanitarne. Słowa Jezusa są dziś kierowane do nas i każą każdemu zastanowić się, co konkretnego może w tej sprawie zrobić. 
Gdy błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty rozpoczynała swoją działalność zaczynała od pomocy pojedynczym osobom. Zaradzała codziennym potrzebą tych, którzy w jej środowisku potrzebowali takiego wsparcia. Dopiero z czasem jej działalność rozrosłą się w wielkie dzieło. Nieliczni są w stanie podjąć działanie na miarę Matki Teresy. Ale wystarczy, że każdy pomoże jednej osobie, a wspólnie dokonamy cudu. W jaki sposób? Otóż w bardzo prosty. W świecie są nas setki milionów uczniów Jezusa żyjących w dostatku. Mogących podzielić się z przynajmniej jedną osobą w potrzebie. Jeżeli każdy pomoże jednej osobie, to jako wspólnota uczniów Jezusa nakarmimy rzesze ludzi. Dokonamy cudu. Jako uczniowie Jezusa, a są nas w świecie setki milionów żyjących dostanie, dokonamy rzeczy większej od jego cudu. Jezus nakarmił tysiące ludzi, my jako wspólnota kościoła możemy wykarmić miliony ludzi. Jako wspólnota kościoła, a tym bardziej wspólnota ludzka, mamy ogromne możliwości. Stanowimy ogromny potencjał. Pomimo, że od każdego oczekuje się tylko - aby pomógł jednej osobie. 
Bracia i siostry, nie czekajmy na cud z nieba. W naszej mocy jest dokonać cudu, który jeśli nie rozwiąże to w ogromnym stopniu zminimalizuje problem głodu i biedy. Cud i to większy od cudu Jezusa leży w zasięgu naszej ręki. Problem głodu na świecie nie wymaga cudu z nieba. Wymaga tylko wrażliwości ludzkiego serca. Cuda z nieba mają miejsce wówczas, kiedy ludzie sami nie są w stanie rozwiązać swoich problemów. W przypadku biedy, głodu, wystarczy przemiana egoistycznego serca - szczera troska o drugiego człowieka. Brakuje niestety tej wrażliwości. Stąd głód na świecie obciąża sumienia nas wszystkich. Kiedy posilamy się do syta, są ludzie, który płaczą z powodu głodu. I to niekoniecznie w Afryce, być może tuż za ścianą. Niektórzy pośród nas mają rzeczywiście mało. Ale wielu wymawia się rzekomo trudną sytuacją, gdyż nie chce pomóc. Żeby podzielić się z potrzebującym nie trzeba wcale mieć wiele. W tym duchu stary Tobiasz radzi swemu synowi: "Według swej zasobności zawsze dawaj jałmużnę. Będziesz miał mało, daj mniej. Ale daj zawsze. Nawet wtedy, kiedy masz niewiele". Jakież mądre pouczenie - zawsze pomagaj drugim, ponieważ zawsze są tacy, którzy mają mniej od ciebie. I choć jest prawdą, że często sami mamy niewiele, to są ludzie, którzy mają jeszcze mniej. Stale są biedniejsi od nas. Dlatego pomoc innym nie tylko jest zawsze możliwa, lecz także konieczna. Rada starego Tobiasza zachęca do podzielenia się nawet w swym niedostatku. Troska o drugiego człowieka, o to czy nie cierpi niedostatku stanowi wypełnienia przykazania miłości bliźniego. Jest to najważniejsze przykazanie po miłości Boga. A przykazanie to mówi, że mam miłować swego bliźniego. To znaczy się, w relacjach z nim, mam się kierować miłością. Przykazanie nie mówi: "Będziesz traktował go życzliwie". To za mało! Przykazanie mówi wyraźnie: "Będziesz go miłował". A to znaczy, że szczerze się zatroszczysz o człowieka w potrzebie. 

Dzielić się tym, co zbywa nie jest aktem miłości. Ale i taka pomoc jest cenna. Zwłaszcza w przypadku ludzi zamożnych drobna pomoc finansowa jest najwygodniejszą formą wsparcia. Nie stanowi wielkiej ofiary i nie wymaga zaangażowania się w życie drugiego człowieka. Nie można jednak traktować bliźniego jak koniecznego zła czy jak zwierzęcia, któremu rzuca się resztki ze stołu. Każdy człowiek zasługuje nie tylko na podtrzymanie funkcji życiowych lecz także na miłość. Przykazanie mówi bowiem: "Będziesz go miłował". Akt pomocy, wielki czy skromny, ma być aktem serca, nie bezduszną czy upokarzającą jałmużną. Pan Jezus głosząc ewangelię o bożym zbawieniu zaradzał doczesnym potrzebom swych słuchaczy. Bolało go to, że żyli w grzechu, ale bolało go również to, że byli głodni. Dzieło ewangelizacji przybiera pełną postać kiedy troszcząc się o zbawienie człowieka troszczymy się jednocześnie o jego potrzeby doczesne. Szczerość troski o zbawieni drugich wyrażająca się w głoszeniu Jezusa Chrystusa znajduje potwierdzenie w trosce o ich potrzeby doczesne. Cóż z tego, że ktoś głosi innym ewangelię, jeśli w ogóle nie interesuje go ich los. W ten sposób można bardzo szybko stracić słuchaczy. Ci, którzy przyszli słuchać Jezusa mieli pewność, że szczerze zależało mu na nich. Wydaje się, że aktualnie największą doczesną potrzebą przeważającej części ludzkości jest utrzymanie się przy życiu. Epidemia głodu, biedy będąca wynikiem infekcji bezduszności, sprawia że nasi bracia i siostry w Polsce i na świecie żyją w nędzy. A nawet umierają. Podczas gdy my moglibyśmy im pomóc. Każdy na miarę swych możliwości. Nikt nie może się wymówić od obowiązku pomocy głodującym czy bezdomnym. Zwłaszcza w jego własnym środowisku. To dowód na to, że realizuje przykazanie miłości bliźniego. Ważne są tu rozstrzygnięcia systemowe, ale nie czekajmy aż zostaną wzniesione jadłodajnie, noclegownie czy zorganizowane akcje pomocowe. Gdyż tego czasu wielu z tych, którym możemy pomoc dziś nie doczeka. Miłość Chrystusa przynagla nas i zmusza do zaradzania potrzebom drugich teraz, w tej chwili, nie jutro. Juto może być za późno. Ważne są rozstrzygnięcia systemowe, ale ważna jest także osobista wrażliwość. Ta wrażliwość każe pomóc od razu. Autor Księgi Syracha radzi: "Oczu potrzebującego nie męcz zwlekaniem". Nie męcz zwlekaniem oczu potrzebującego! Jeżeli widzisz, że jest głodny, nakarm go. Jeżeli brak mu odzienia, ubierz go. Pomóż mu na miarę swoich możliwości. Nie czekaj aż przyjdzie do ciebie. Jeżeli wiesz gdzie żyje i mieszka wyjdź mu na przeciw. Tak często się słyszy wymówkę: "To spawa rządu... organizacji humanitarnych". Zrzucanie troski o drugich wyłącznie na rządy i różne organizacje jest zagłuszaniem w sobie miłości bliźniego, który wymaga pomocy w tej chwili i do której pomocy jesteśmy zobowiązani na mocy przykazania. Przykazanie miłości bliźniego nie jest skierowane tylko do ludzi w rządzie czy organizacjach humanitarnych, lecz do każdego z nas. Różnica polega jedynie na skali pomocy, do jakiej jesteśmy zdolni. Należy się zatem rozejrzeć we własnym środowisku. Niech każdy na miarę swych możliwości pomoże przeżyć czy nawet wyjść z trudnej sytuacji tylko jednej osobie. Jako społeczność tych, co żyją w dostatku zminimalizujemy problem. Miliony takich serc mogą pomoc w rozwiązaniu lokalnych problemów nie w mniejszym stopniu niż rządy i różne organizacje. My stykamy się bezpośrednio z potrzebującymi. Wiemy gdzie żyją, czego im potrzeba. I możemy zaradzić ich najpilniejszym potrzebom od razu. Nie dopiero za jakiś czas. Miejmy oczy szeroko otwarte i wielkie serce. Pan Jezus zwraca się dziś do nas ze słowami: "Wy dajcie im jeść". I dodaje: "Zdobądźcie się na wyrzeczenie. Zdobądźcie się na miłość!" Podzielić się z drugim jest ofiarą, rezygnacją z części z siebie. Ale jest sprawdzianem mojej chrześcijańskiej i ludzkiej dojrzałości. Bracia i siostry, zamiast utyskiwać na obecną sytuację w kraju i na całym świecie, pokażmy przez nasze dobre czyny, że jesteśmy inni. Kto nie pomaga nikomu, nie ma prawa krytykować obecnego stanu. Ponieważ nie czyniąc nic, sam podlega krytyce. Nie wypełnia bowiem najważniejszego względem ludzi przykazania: "Będziesz miłował swego bliźniego. I szczerze zatroszczysz się o jego los". A miłość zobowiązuje do tego żebym wyszedł z inicjatywą. Żebym sam odszukał człowieka w potrzebie i sprawdził, czego mu brakuje. 
Pan Jezus nakarmił tysiące zgłodniałych ludzi dokonując cudu rozmnożenia. My nie mamy nadprzyrodzonych zdolności, ale jako wspólnota ludzka, zwłaszcza uczniów Chrystusa, możemy uczynić więcej. Wystarczy, że każdy pomoże z serca jednej osobie, a nakarmimy nie tysiące, a miliony. Dokonamy rzeczy większej od cudu Jezusa. Nieodzowne jest tu osobiste zaangażowanie w sprawy ludzi w potrzebie, płynące z serca ożywionego braterską miłością. Oto gorący apel naszego pana: "Dajcie jeść głodującym, dajcie jeść waszym braciom i siostrą". Nie czekajmy na cud z nieba. Zdobądźmy się na miłość. Niech każdy pomoże choćby jednaj osobie w potrzebie. I dowiedzie, że traktuje ją jako swojego brata czy siostrę. 
Amen."